wyprawy
| Dystans całkowity: | 4796.89 km (w terenie 140.00 km; 2.92%) |
| Czas w ruchu: | 233:14 |
| Średnia prędkość: | 14.92 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 57.90 km/h |
| Liczba aktywności: | 77 |
| Średnio na aktywność: | 62.30 km i 4h 29m |
| Więcej statystyk | |
Dzień 5 - Theth i Blue Eye
-
DST
7.95km
-
Temperatura
28.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Noc była bardzo zimna. Nie powinno to dziwić, przecież jestem w sercu Gór Przeklętych. Czy wyprawową tradycja stanie się nocne pompowanie materaca?! Niestety. Powietrze zeszło i dzisiejszej nocy. Nie mam złudzeń - tak będzie do końca wyprawy.
Wyprawowa tradycja, wyprawowy hymn :) No właśnie, ta melodia w mojej głowie to... "Smak i zapach pomarańczy" Tadeusza Woźniaka :) Z pomocą przyszedł wyprawowy kompan - gdy zanuciłam, od razu rozpoznał, że to TA piosenka. Idealnie wkomponowuje się w rytm rowerowej jazdy, choć tekst nie jest rowerowy ;)
I. Kto to pędzi tak przez miasto,
komu w tych ulicach ciasno.
Biegnę gryząc pomarańcze,
ziemia pod nogami tańczy :)
II. Naokoło kipi życie
i ja mam się znakomicie.
Wszyscy niosą oczy jasne,
trotuary są za ciasne :)
III. Przejmująco pachną lipy,
rośnie mi po cichu broda.
Wieczór aż od dziewcząt kipi,
może czeka mnie przygoda :)
IV. Lubię kiedy jest sobota,
gdy po wszystkich już kłopotach.
Lubię śpiewać, lubię tańczyć,
lubię zapach pomarańczy :)
I tak to leci w mojej głowie i tak to sobie podśpiewuję, fałszując na wszelkie możliwe sposoby :)
Ale co tam pomarańcze. Jestem w Theth. Wstałam ciut przed godz. 8.00 i od razu wybrałam się na zakupy. Oprócz portfela zabrałam aparat fotograficzny.
Rozglądam się z zaciekawieniem. Agro tu, agro tam i auta na podjazdach. Theth na zakończenie letniego sezonu przeżywa najazd turystów. Niektórzy już ruszają w góry.

W Theth jest tylko jeden sklep. Nie można do niego nie trafić, znajduje się przy głównej ulicy. Kupuję chleb, konserwę rybną i oczywiście ciasteczka na deser.
Wracam. Dzisiaj śniadaniuję przy stole. Gdy popijam herbatę i podjadam ciasteczko, podchodzi rodak ze zmotoryzowanej grupy. Przyjechali na dwa auta. Cztery lata temu, przed wyasfaltowaniem drogi z przełęczy byli tu na rowerach. Theth wyglądało wówczas inaczej... Kilka dni temu wracając z trekkingu do Valbone, znajomy złamał nogę... Dziś wracają do Szkodry... Podczas rozmowy czas szybko ucieka.
Z campingu wyjeżdżam w samo południe.
Będąc w Theth ciężko przejść obojętnie obok tutejszej świątyni. Lokalny kościół zbudowany w 1892 r. jest dość kompaktowy, jednak fantastycznie prezentuje się na tle okolicznych szczytów. Mały, kamienny kościół, z wieżą i dachem pokrytym gontem to jeden z najchętniej powielanych kadrów, będący wizytówką miejscowości.
Chciałam również zobaczyć Wieżę odosobnienia, ale rowerowy kompan pogonił nie oglądając się za siebie. Cóż, będę musiała przyjechać do Theth raz jeszcze i obejrzeć na spokojnie jego atrakcje, a może też wybrać się w góry na trekking :) 
Jadę do Nderlysaj, obejrzę jeziorko błękitne oko i ruszę dalej szutrową drogą przez Kir do Prekal, a stąd przez Szkodrę do Koman. Taki jest plan. Czy uda mi się go zrealizować - zobaczymy :)
Droga jest do Nderlysaj jest bardzo urokliwa. Czy ja nie nadużywam tego stwierdzenia? 

Dojechałam. Zostawiam rower na parkingu przed przydrożnym barem. Młody właściciel baru ma zadatki na wielkiego biznesmena. Jest bardzo operatywny, zaprasza kierowców na swój parking, zabawia klientów rozmową. Mnie wytłumaczył jak dojść do jeziorka i upewnił, że rower jest bezpieczny pod okiem kamer zainstalowanych na ścianie jego restauracji.
Do niebieskiego oka z Nderlysaj prowadzi szlak o długości około 2 km. Początkowa trasa łagodnie pnie się w górę szutrową drogą. Im wyżej, tym droga staje się bardziej kamienista i stroma. Nie widzę przed sobą tłumów. Idę samotnie. Natomiast mijają mnie wracający turyści. Idę ostrożnie patrząc pod nogi, dlatego nie sposób nie zauważyć obuwia innych. Co ci ludzie mają na nogach! Najbardziej zaskakujący widok - plastikowe klapki i czółenka na obcasie. Ja pewnie w takich butach nie dałabym rady :) 



Dojście do jeziorka zajęło mi około 45 minut. Było warto.
Błękitne Oko zostało wyżłobione przez spływające z góry potoki. Wypełnione jest lodowatą wodą, która spływa niewielkim wodospadem. Ma głębokość od 3 do 5 metrów.
Wyjątkowość temu miejscu nadaje intensywny turkusowy kolor wody.
Do baru wracam około godz. 16.00. Przed dalszą drogą zamieniam słowo z młodym biznesmenem. Okazuje się, że trasa przez góry do Prekal jest nieprzejezdna. W Kirze drogę zerwała lawina z kamieni. A to pech. Trzeba będzie zawrócić. Wyprawowy kompan nie chce wjeżdżać na przełęcz rowerem. Cóż, nie będę dyskutować. Z pomocą przychodzi właściciel baru, załatwia transport na przełęcz (za jedyne 30 euro od osoby) i proponuje nocleg na swoim campingu po przeciwnej stronie drogi.
Miejscówka zwana górnolotnie campingiem nie jest zła. Jest prysznic z ciepłą wodą, toaleta, zlew na zewnątrz, miejsce na ognisko. Jest wszystko czego potrzeba na wyprawie.
Rozbijam namiot. Dzień powoli dobiega końca.
Kategoria Albania 2025, wyprawy
Dzień 4 - Theth
-
DST
36.62km
-
Temperatura
27.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Noc była bardzo zimna. Ubrałam się na cebulkę - ostatnia warstwa - puchówka :) Temperatura nie była jedyną "niespodzianką". Z materaca zeszło powietrze, niezupełnie, ale prawie. Musiałam trzy razy dopompowywać. Chyba rozszczelniła się zatyczka.
Wstałam o godz. 7.00. Śniadanie, składanie namiotu, pakowanie i jeszcze coś. Szukając w kosmetyczce lusterka znalazłam licznik! Zupełnie nie pamiętałam, że tam go zapakowałam.
Budzi się dzień. Powoli ożywia się ruch na drodze. Auta zatrzymują się przed restauracją. Nie ma to jak łyk kawy na dobry początek dnia. Ja również idę do restauracji. Kawę zaparzyłam na biwaku - torebkową dwa w jednym. Brakuje tylko deseru - racuszka babci Marysi.
Błogie lenistwo. Kawa, racuszek, widok na góry. Czy można sobie wymarzyć piękniejszy poranek?
Aby tradycji stało się zadość w trasę ruszam ciut po godz. 10.00. Słońce już świeci, jest gorąco. Zimna noc i rześki poranek przeszły do historii :)
Według wskazań licznika do Bogë było jedynie 3 km. Tu już zawitała cywilizacja. Drogę usiały tablice informujące o campingach. Przydrożne cafeterie kuszą kawą i zapachami lokalnych potraw. 
Wzmaga się ruch na drodze. Mijają mnie sznury aut - osobowe, terenowe, kampery. Tablice rejestracyjne wskazują na turystów z różnych zakątków Europy. Ciekawostką może być to, że na albańskich numerach jadą najczęściej nowe modele Mercedesów, VW, Audi. Za kierownicą bardzo młodzi ludzie. Wnioskuję, że do Theth jedzie kwiat albańskiej śmietanki młodych dorobkiewiczów :)
Na chwilę zatrzymuję się przed olbrzymim hotelem. Ośrodek wygląda na nowoczesny i komfortowy. Jest też zadaszony parking, bankomat. A ja myślałam, że Albania to jeszcze taki koniec świata. A tu - proszę - wypasiony hotel :)
Za hotelem zaczyna się podjazd na przełęcz. Droga staje się kręta. Pojawiają się pierwsze łagodne serpentyny. Chciałabym aby ta droga nigdy się nie skończyła! 
Zatrzymuję się na fotkę na punkcie widokowym - wybetonowanym podeście. Patrzę na drogę, którą jeszcze niedawno jechałam. Ileż zakrętów, zygzaków! Piękności. Cieszę się, że tu jestem. Cieszę się tą chwilą. Liczy się tu i teraz, wszystko inne w tym momencie nie jest ważne. Rowerowa chwilo trwaj! :)
Serpentyny zagęszczają się. Coraz bliżej do przełęczy. 
Jedna, druga, trzecia agrafka i dojechałam. Jestem na przełęczy Buni i Thores!
Jeszcze do niedawna droga z przełęczy do Theth była szutrowa. Niestety w 2021 r drogę wyasfaltowano. Stąd tyle aut pędzi do serca Gór Przeklętych.
Rozglądam się z zaciekawieniem. Widoki są przednie. Nieopodal rozbił kram starszy pan. Zachęca do zakupu miodu. Raczej nie skorzystam, nie ze względu na cenę - słoik tylko 40 euro :)
Obok zatrzymuje się auto na albańskich numerach. I jaki język słyszę? Oczywiście polski. Mówię "dzień dobry" i zaczynamy rozmowę. Skąd, dokąd, jak fajnie zwiedzać Albanię na rowerze, ich syn też jest na Bałkanach, chyba obecnie w Chorwacji... Gaworzymy jak dobrzy znajomi :) Nie wiedziałam, że jestem aż tak towarzyska i rozmowna :) Żegnamy się życząc sobie wszystkiego dobrego. 
Zaczynam zjazd. Jest już popołudnie. Zrobiło się chłodno. Zakładam wiatrówkę i... z górki :)
Droga jest bardziej niż urokliwa. Wije się między drzewami. Jeden zakręt, drugi... Jest oczywiście pięknie! Pedałuję, nie pedałuję, zaciskam hamulce, odbijam, a w głowie słyszę tada, tada, tada dam, tada, tata dam. Podśpiewuję! Co to za melodia?! Przypomnę sobie :) Tada, tada, tada dam :)
Jadę, jadę i jadę. Nie myślałam, że zjazd będzie aż tak długi. Wieje lodem! Zamarzam!
Nareszcie. Asfalt się kończy. Wjeżdżam na mostek. Dojechałam. Jestem w Theth.
Pierwsze wrażenie. Nie tak sobie wyobrażałam osadę na końcu świata - jedną z najbardziej izolowanych w Europie. Wprawdzie to jeszcze nie nasze Zakopane, ale pewnie za kilka lat nim będzie.
Grill bary, restauracje, ośrodki noclegowe i wszędzie auta. Cywilizacja przez duże "C" zawitała do Thteth. Z drugiej strony, czy można się dziwić, że rzesza ludzi chce zobaczyć takie wspaniałości natury. Theth stało się popularnym ośrodkiem turystyki górskiej w Europie. Najczęściej słyszałam na ulicy język francuski i niemiecki.
Biwak rozbijam na campingu "Zorgji". Cena za namiot 5 euro.
Na campingu zauważam dwa auta (powiedzmy, że to kampery) na polskich tablicach. Dziś już jest za późno na pogawędkę. Powoli ewakuuję się do snu. Zrobiło się ciemno. Jutro zamienię słowo z rodakami :) 
Wieczór jest bardzo rześki. Zimnica! Noc zapowiada się hardkorowo...
Kategoria Albania 2025, wyprawy
Dzień 3 - w drodze do Theth
-
DST
34.10km
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Noc była całkiem ciepła, poranek zaś dosyć rześki. Wystarczyło jednak aby pokazało się słońce i zrobiło się bardzo przyjemnie.
Kanapki z pasztetem podlaskim z Polski i herbata okazały się idealną kompozycją śniadaniową :)
W drogę wyruszam po godz. 10.00. Bez pośpiechu. Zupełny luz. Jestem przecież na wakacjach. Kierunek Theth.
Jadę za znajomym. On za Rrapsh-Starja odbija z trasy SH20 w boczną drogę. To raczej asfaltowa ścieżka. Bardzo urokliwa. Widoki są niesamowite. 

Mijam rozrzucone wzdłuż drogi domy. Niektóre są zniszczone i opuszczone. Z mapy wynika, że jadę przez wieś/osadę Kastrat. 
Dojeżdżam do Bratosh. To już większa miejscowość. Znajduje się tu bar/kawiarnia, sklep, kościół. Na chwilę zatrzymuję się w barze. Kupuję colę. Z pomocą tłumacza Google rozmawiam z miejscowymi. 
Ruszam dalej. Przed osadą Goraj-Budishë na horyzoncie pokazuje się Skadarsko jezero - Jezioro Szkoderskie. Cudowny widok. Mogłabym patrzeć i patrzeć. Jestem zauroczona. Chcę zapamiętać każdy kilometr tej niesamowitej drogi, każdą chwilę, aby móc wracać do tego dnia myślami. 
Dojeżdżam do Zagorë. Na chwilę zatrzymuję się w sklepie. Kupuję wodę i ciastka. Znowu ciasteczka, a przecież postanowiłam ograniczać słodycze :)
Dojeżdża do głównej drogi SH21. Dojadę nią do Theth. Jakież jest moje zdziwienie. Droga jest wąska, nie przypomina naszych wojewódzkich. Ruch jest spory. Oprócz samochodów i motocykli uczestnikami ruchu są też krowy! Chodzą luzem niczym się nie przejmując. 
Droga wije się w górę. Widoki są niesamowite. Góry przepiękne. Wyprzedzają mnie auta na numerach rejestracyjnych z Francji, Szwajcarii, Czech, Niemiec, Austrii i oczywiście Polski. W Dedaj spotykam znajomych motocyklistów. Zatrzymali się w restauracji na obiad. Ja nie jestem głodna. Zjem obiado-kolację. Chcę dojechać przed zmierzchem do Bogë.
Zbliża się godz. 18.00. Zaraz zajdzie słońce. Do Bogë pozostało około 4 km. Wydaje się, że to takie nic, a jednak na górskich drogach odległość odmierza się inaczej.
Ja pewnie bym dojechała, ale znajomy został w tyle.
Zatrzymuję się na campingu. Całkiem przyjemne miejsce. Jest restauracja, można coś zjeść oraz skorzystać z Wi-Fi. Cena też jest zachęcająca. Płacę 5 euro za nocleg. Rozbijam namiot i idę na kolację. Kolacja jest na słodko. Racuchy, jak u mojej babci Marysi i zielona herbata. Takich racuchów nie jadłam od dzieciństwa. 
Dzień dobiega końca.
Kategoria Albania 2025, wyprawy
Dzień 2 - Rrapsh - Starja
-
DST
38.98km
-
Temperatura
30.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Obudziłam się o godz. 5.30. Emocje wzięły górę. W głowie mam natłok myśli. Jak będzie, czy po tak długiej przerwie poradzę sobie na górskich serpentynach... Wstaję. Idę na rekonesans okolicy. W pobliżu jest piekarnia (Pekara Montenegro), market Idea, Targ. Robię zakupy na śniadanie i bezskutecznie szukam butli z gazem do swego palnika. Butle turystyczne są, ale na wbijane palniki, a mój jest wkręcany. Znalazłam nawet komplet - butlę z palnikiem. Jednak palnik był dosyć duży i miałabym problem z ulokowaniem takiego cudeńka w sakwie. Trudno, będę korzystała z kuchenki wielopaliwowej znajomego. On nie robi z tego powodu problemu.
Pensjonat opuszczam po godz. 9.00. Z Podgoricy wyjeżdżam drogą R-27. Widok przedmieścia stolicy Czarnogóry jest dla mnie szokujący. Dosłownie wszędzie są tony śmieci.
Jadę wzdłuż rzeki Cijevna. Mijamy Dinošę, Cijevne. Droga pnie się w górę. Jest bardzo widokowa. 
Jak się nie ekscytować! Jest pięknie! Góry, rower, wiatr na twarzy, wolność! Jak bardzo mi tego brakowało!
Do przejścia granicznego jest około 27 km. Celnik patrzy na mój paszport i mówi Polska - tak, tak, dobrze, dobrze. Pewnie często odprawia rodaków, skoro tak DOBRZE mówi po polsku :)
Witaj Albanio, witaj przygodo!
Wjeżdżam na drogę Rruga Postes, a następnie na SH-20. Dawno nie oglądałam takich widoków. Jest bardziej niż pięknie!
Nie jestem jedynym uczestnikiem ruchu. Co chwila mijają mnie motocykliści. Być może przyciągają ich serpentyny. 

Zatrzymuję się na chwilę na punkcie widokowym. Spotykam tu motocyklistów z Polski. Jest wśród nich dziewczyna. Wymieniamy uprzejmości. Jak fajnie spotkać rodaków. Oni odjeżdżają, a ja w samochodowym barze kupuję colę. Patrzę w dół i jestem z siebie dumna. Mimo braku kondycji, dałam radę. To dobrze wróży na kolejne dni rowerowej włóczęgi.
Zaraz zaczyna się zjazd. Dojeżdżam do wsi Rrapsh - Starja. W sklepie kupuję na kolację owoce - banany, brzoskwinie i oczywiście ciasteczka na deser. Właściciel sklepu jest bardzo miły. Pozwala rozbić biwak za budynkiem.
Jeszcze przed zachodem słońca rozkładam namiot.
Dzień dobiega końca.
Kategoria wyprawy, Albania 2025
"Smak i zapach pomarańczy" - czyli rowerem przez Albanię. Dzień 1 - Podgorica
-
DST
11.00km
-
Temperatura
30.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
15 września 2025 r. Kraków godz. 7.00. Jestem na lotnisku w Balicach. Trudno uwierzyć, że to naprawdę się dzieje. Po bardzo długiej przerwie jadę na WYPRAWĘ! Dołączyłam do Forumowicza z Forum rowerowego podrozerowerowe.info. Wspólnie będziemy przemierzać Prokletije/Bjeshkët e Nemuna/Góry Przeklęte! Lecę do Podgoricy, a stąd już na dwóch kołach jadę do Albanii. Nie wierzę! A jednak :)
Podgorica godz. 13.45. Lądujemy.
W Czarnogórze przywitało mnie piękne słońce i góry na horyzoncie! Nie wierzę! A jednak :)
Zaczynam od złożenia roweru. 
Pomaga mi znajomy. Zakładam sakwy i mój Scotuś jest gotowy do drogi.
Znajomy rozebrał swój rower wręcz na czynniki pierwsze i złożenie go zajęło mu sporo czasu. Zbliża się godz. 17.00. Decydujemy, że przenocujemy w Podgoricy pod dachem. W trasę wyruszymy następnego dnia. Pierwotny plan był taki, że od razu jedziemy w kierunku granicy i nie zarezerwowaliśmy noclegu. Z pomocą przychodzi mój Garmin. Szukam najbliższego hostelu. Nawiguję. Dosłownie na ostatnich metrach mylę się i mijam docelową ulicę. Zamiast do hostelu dojeżdżam pod kilkupiętrowy blok. Tym razem z pomocą przychodzi nastolatek. Wskazuje drogę do znajdującego się nieopodal pensjonatu. Wszystko pod kontrolą. Jest ok. Mam nocleg!
Przed snem myślę o kończącym się właśnie dniu. Czy zapomniałam coś jeszcze oprócz licznika? Dobrze, że mam ze sobą Garmina... Zasypiam...
Kategoria wyprawy, Albania 2025
Jurajskie zamki - Ostrężnik, Bobolice, Pilcza, Bydlin
-
DST
75.10km
-
Temperatura
28.0°C
-
Sprzęt Trek
-
Aktywność Jazda na rowerze
W 1957 r. w Złotym Potoku powstał Rezerwat Parkowe, chroniący najbardziej malowniczą część doliny Wiercicy z jej źródłami, różnorodnymi formami skalnymi i jaskiniami. Rezerwat Parkowe to jedna z ciekawszych atrakcji na Jurze. Najważniejsze jest jednak to, że Rezerwat Parkowe znajduje się na trasie naszego dzisiejszego szlaku.
Ze Złotego Potoku wyjeżdżamy ścieżką biegnącą obok Stawu Amerykan. Prowadzi ona do Rezerwatu Parkowe. 
Zielone kobierce, skałki i ostańce ukryte między drzewami. Jest pięknie. Jestem zauroczona. Achom i ochom nie ma końca.
Zatrzymujemy się przy Jaskini Niedźwiedziej, zwanej też Grotą Niedźwiedzią. Podczas II wojny światowej służyła ona miejscowej ludności jako schron przed nalotami. Grota Niedźwiedzia znana jest również z tego, że odnaleziono tu wiele kości zwierząt jaskiniowych i to nie tylko niedźwiedzia, na co wskazuje nazwa, ale również nosorożca i renifera. Najcenniejszym znaleziskiem jednak okazały się tu ślady bytności człowieka ze starszej epoki kamienia.
Kolejny przystanek - Diabelskie Mosty.
Jest to wysoki na 15 m ostaniec skalny. Skała porozcinana jest głębokimi szczelinami, a w jej górnej partii znajduje się obszerne wydrążenie o długości ok. 8 metrów, tworzące tunel. To malownicze zgrupowanie skałek zostało tak nazwane przez Zygmunta Krasińskiego. Szczyty skał łączył niegdyś wiszący most, zbudowany z inicjatywy samego Krasińskiego.
Legendy wiążą Diabelskie Mosty z postacią czarnoksiężnika Twardowskiego. Mówią m.in. o tym, jak to diabeł chciał stąd obserwować przebywającego na księżycu Twardowskiego, ale wpadł do skalnej szczeliny. Inna z legend mówi o rycerzu, który miał tutaj zamek. Wszedł on w pakty z diabłami, które obiecały pomóc mu w zebraniu wielkiego majątku, pod warunkiem jednak, iż rycerz nigdy nie może przespać porannego piania koguta. Niestety, skłonność do całonocnych libacji przywiodła go do zguby. Diabły zniszczyły zamek, zamieniając rycerza w kamień. Niewątpliwie tego rodzaju legendy sprawiły, że Zygmunt Krasiński w połowie XIX w. nadał tym skałom taką właśnie nazwę - Diabelskie Mosty. 

Dojeżdżamy do skalnego wzgórza Ostrężnik. Znajdują się na nim niewielkie fragmenty murów zamku o tej samej nazwie, pochodzące z XIV wieku. Prawdopodobnie budowa zamku nigdy nie została dokończona i dlatego zamek nie był zasiedlony. Pozostałości murów zajmują wierzchołki skał, które od strony północnej i zachodniej przybierają postać pionowych ścian o wysokości do 20 m. Obiekt ten składał się z zamku górnego, dolnego oraz podzamcza. Podzamcze było otoczone drewniano-ziemnym wałem i fosą.


U podnóża wzgórza Ostrężnik znajduje się Jaskinia Ostrężnicka. Wejście do jaskini jest bardzo charakterystyczne. Jest to duży otwór w ogromnym podziurawionym ostańcu. Przez miejscową ludność bywa ono nazywane płucami, gdyż potężny kamienny słup dzieli komorę na dwie części. Ciekawe są również kolory skał, przypominające łaciate moro.
Nasza trasa omija zamek Bobolice. Jednak, gdy widzimy znak informujący o kierunku do Bobolic, zmieniamy plany. Być na Jurze i nie odwiedzić zamku Bobolice, to grzech ciężki :)
Jeszcze nie tak dawno zamek był niewielkimi, ale robiącymi wrażenie ruinami na Szlaku Orlich Gniazd. Takim go zapamiętałam z wyprawy z Bożenką i Młodym.
Z zamkiem bobolickim związana jest legenda o dwóch braciach, z których jeden władał zamkiem w Bobolicach a drugi w Mirowie. Bracia byli ze sobą bardzo zżyci, nie mogli się bez siebie obejść. Pewnego razu przybył posłaniec królewski i wezwał władcę Bobolic do wzięcia udziału w wojnie na Rusi. Drugi brat postanowił o chlebie i wodzie oczekiwać na powrót brata. Ten wrócił ze skarbami i piękną dziewczyną w której zakochał się i pan Mirowa. Skarbami się podzielili a o tym kto poślubi dziewczynę miało zadecydować ciągnięcie losu. Wygrał brat z Bobolic. Od tej pory braterska miłość się skończyła. Pan Mirowa nie dawał za wygraną, tym bardziej że dziewczyna pokochała właśnie jego. Gdy władca Bobolic opuszczał zamek, jego żona i brat spotykali się w podziemiach łączących oba zamki. Gdy rzecz się wydała, pan Bobolic zabił brata a żonę zamurował w lochach.
Zamek bobolicki wzniesiono za Kazimierza Wielkiego w XIV w. Prawdopodobnie wcześniej istniała tu drewniana warownia zbójecka. Legendy mówią też o siedzibie rycerza Bolesława Krzywoustego - Boboli. Zamek Bobolice był elementem systemu obronnego jurajskich warowni, które chroniły zachodniej granicy królestwa od strony Śląska.
Na przestrzeni wieków Bobolice oraz zamek wielokrotnie zmieniały właścicieli. Miejscowość na przełomie XIV i XV wieku była częścią dóbr królewskich, by następnie przejść w ręce takich rodów jak m.in.: Szafrańcy, Krezowie, Myszkowscy, Męcińscy.
Zamek oraz jego okolice mocno ucierpiały podczas kilkukrotnych najazdów. Najbardziej dramatyczny okazał się "potop szwedzki". W 1657 r. Szwedzi zdobyli zamek i spalili. Od tego czasu zamek zaczął popadać w ruinę. Ostatnią świetną kartę w historii Bobolic zapisał król Jan III Sobieski, który obozował pod murami tutejszego zamku udając się do Krakowa na koncentrację wojsk przed odsieczą wiedeńską.
Pod Koniec XVII w. rodzina Męcińskich próbowała odbudować zamek, ale bez skutku. Zamek został opuszczony i był dewastowany. Z rozkazu carskiego dokonano parcelacji ziemi w Bobolicach. Część z ruinami zamku otrzymała chłopska rodzina Baryłów. Byli oni jej właścicielami jeszcze w latach 90-tych XX w. W 1999 r. - ruiny od potomka Baryły kupili bracia Jarosław oraz Dariusz Laseccy.
Zamek został zrekonstruowany. Poniżej zamku powstał obiekt hotelowo - gastronomiczny.
W plenerach zamku kręcone były sceny do filmu "Powidoki". Nadto odbudowany zamek Bobolice stał się Wawelem w serialu "Korona Królów".
Od niedawna płatny wstęp jest już na błonia zamkowe. Nie ma też wstępu na ścieżkę prowadzącą do Mirowa. Dojście do skałek od strony obu zamków zostało zamknięte siatkowym ogrodzeniem. Czerwony Szlak Orlich Gniazd został usunięty i przeniesiony na drogę asfaltową. 
Zamek zwiedzamy z przewodnikiem. Na zwiedzanie przeznaczone jest 30 minut. 


Nowy zamek bobolicki prezentuje się nawet nieźle i jakoś wkomponował się w jurajski krajobraz, ale jeśli ktoś widział dawne ruiny to będzie mu doskwierać wrażenie sztuczności...
Opuszczamy Bobolice i jedziemy do Pilicy. Tu w pizzerii na rynku jemy obiad - pizzę koszmarek :)
Z Pilicy jedziemy do miejscowości Smoleń. Tam na terenie rezerwatu przyrody Smoleń położony jest zamek Pilcza. To główny cel naszego dzisiejszego rowerowania. 

Zamek Pilcza położony jest na Górze Zamkowej. Zamek choć znacznie zrujnowany jest bardzo malowniczy. Charakterystycznym punktem jest wieża wyrastająca ponad las.
Pierwszy zamek w Smoleniu powstał prawdopodobnie w XIII wieku, ale w 1300 roku uległ spaleniu. Kolejna, gotycka warownia powstała w II połowie XIV wieku za sprawą Ottona z Pilicy - starosty i zaufanego doradcy Kazimierza Wielkiego. Poprzez jego córkę Elżbietę, zamek w XV wieku odziedziczył wnuk Ottona -Jan - pierwszy z linii Pileckich. Smoleń do XVI wieku nosił nazwę Pilcza. W 1577 toku zamek od Pileckich kupił biskup krakowski Filip Padniewski (niektórzy twierdzą, że Seweryn Boner, ten, który panował na słynnym zamku Ogrodzieniec), który później przekazał swemu bratankowi - Wojciechowi Padniewskiemu - kasztelanowi oświęcimskiemu. Ten zamieszkał już na folwarku pod zamkiem, po czym zbudował dla siebie pałac w Pilicy. Opuszczony zamek zaczął popadać w ruinę. Zamek Pilcza w Smoleniu, jak wiele innych warowni na Jurze, ucierpiał znacznie podczas potopu szwedzkiego, w 1655 roku Szwedzi go spalili, a dalszych zniszczeń dokonali Austriacy, którzy rozebrali część murów w 1787 roku, kiedy budowali komorę celną. Dalszych zniszczeń dokonały walki rosyjsko-austriackie podczas I wojny światowej, w grudniu 1914 roku. Od tamtej pory warownia pozostaje w ruinie.
W 2013 r. w znaczący sposób zabezpieczono mury zamkowe, a częściowo nawet zrekonstruowano. Prace kontynuowane były w dalszych latach. Obecnie teren zamku został zrewitalizowany.
Piękne miejsce, aż żal opuszczać...
Jedziemy Szlakiem Orlich Gniazd w kierunku Bydlina. Trasa jest bardzo urokliwa.

Kolejny przystanek na naszej trasie to zamek w Bydlinie, a raczej to co po nim pozostało.
Zamek w Bydlinie na przestrzeni wieków przechodził burzliwe dzieje. Został wybudowany w XIV w. jako strażnica. Składał się z wieży, budynku mieszkalnego i dziedzińca. W pierwszej połowie XVI wieku Bydlin przeszedł na własność Bonerów, a budowlę, która utraciła swoje walory obronne, zamieniono na kościół. W dobie reformacji, około roku 1570, nowy właściciel – Jan Firlej, zamienił kościół na zbór ariański. W 1594 r. Mikołaj Firlej, syn Jana, przywrócił poprzedni charakter kościołowi, nadając mu nazwę Świętego Krzyża. W 1655 roku kościół zniszczyli Szwedzi. 80 lat później został odbudowany, ale wciąż ograbiany przez panoszące się po Polsce obce wojska, został definitywnie opuszczony pod koniec XVII w. Od tego czasu stopniowo popadał w ruinę.
Zachowały się jedynie fragmenty ścian budynku mieszkalnego oraz ślady po murach obwodowych. Budowlę można obejść wokoło wąską ścieżką.
Zwiedzanie nie zajmuje nam dużo czasu.
Jedziemy dalej. Przed zachodem słońca dojeżdżamy do miejscowości Klucze. Chcemy obejrzeć zachód słońca nad Pustynią Błędowską. Pokonujemy stromy podjazd, aby dostać się na taras widokowy Czubatka. Gdy tak ledwo jedziemy i dyszymy jak stare lokomotywy, wyprzedza nas dwóch rowerzystów na elektrykach. Zaszumiało i tyle ich było widać :)
Widok na pustynię w promieniach zachodzącego słońca jest obłędny! Na pustyni znajduje się tajemnicze obozowisko. 
Dzień się kończy...
Kategoria wyprawy, Jura Krakowsko-Częstochowska
Jura Krakowsko-Częstochowska
-
DST
48.46km
-
Temperatura
25.0°C
-
Sprzęt Trek
-
Aktywność Jazda na rowerze
Jadę na Jurę. Zamiar stał się faktem. To będzie mój drugi wyjazd na Jurę i pierwszy rowerowy. Kiedy Młody był jeszcze Małym, moja kuzynka zabrała nas na skałki. Ależ była zabawa, a jak dzielnie wspinaliśmy się z Młodym, przy asyście Bożenki. Niezapomniane chwile.
Teraz też będę się wspinać, tylko ciut inaczej - rowerowo na jurajskich podjazdach. Na swoim Trekusiu będę przemierzać Szlak Orlich Gniazd. Wyjątkowe miejsce, miłe towarzystwo, a w prognozach słoneczne dni. Wyjazd zapowiada się wyjątkowo dobrze. 
Spotykamy się na dworcu w Częstochowie. Tu zaczyna się nasza wakacyjna przygoda. Jestem podekscytowana. To będzie moja rowerowa włóczęga po dłuższej przerwie. Choroba, nowa praca, a potem pandemia pokrzyżowały na kilka lat moje wakacyjne plany. Aż do dziś! Ma być pięknie i będzie pięknie! Jazda bez pośpiechu, dużo fotek, pogaduchy, mnóstwo achów i ochów nad cudami przyrody i średniowiecznymi zamkami. Taki mam plan na najbliższe dni :)
Dziś zamierzamy zwiedzić zamek w Olsztynie. Wyjeżdżamy z Częstochowy i kierujemy się na wschód. Unikamy głównych dróg. Budowniczy trasy dobrze ją zaprojektował. Jedziemy bocznymi drożynami i rowerowymi ścieżkami. 
Jedziemy wzdłuż Warty. Dwukrotnie ją przecinamy. Jednak zanim dojedziemy do drugiego mostu w Jaskrowie, mijamy znak "Przejazd ekstremalny". To zapowiedź tego, co czeka nas na Jurze. Podjazd i zjazd, oj trzeba się będzie nakręcić.
Na drugą stronę Warty przejeżdżamy przez most w Jaskrowie koło Mstowa. Rzeka płynie tu spokojnym nurtem, jej brzegi porastają drzewa. Spokój, cisza. Piękny widok. Nie może być inaczej, bo to przecież przełom Warty.
Przełom Warty pod Mstowem to fragment doliny Warty o długości ok. 12 km, mający swój początek w Mirowie (dzielnicy Częstochowy), między wzgórzami Sołek i Skałki, a kończący się w Mstowie pod Górą Wał. To piękne i malownicze miejsce. Nic dziwnego, że przyciąga kajakarzy. Spływ można rozpocząć przy Bramie Mirowskiej w Częstochowie i zakończyć w Mstowie (około 10 km), lub ambitniej - wybrać trasę około 30 km z Częstochowy do Skrzydlowa przez Jaskrów, Mstów i Rajsko. 
Spotykamy kajakarza. Zatrzymał się na plaży w Jaskrowie na odpoczynek.
Koło mostu w Jaskrowie znajduje się przystań kajakowa. Są tu altany z ławkami, miejsce na ognisko oraz gril. Nie zapomniano również o toalecie i koszach na śmieci. Teren jest zadbany, trawa przycięta, wszędzie czysto. Aż chce się zatrzymać na chwilę odpoczynku.
Dojeżdżamy do Mstowa. To jedna z najstarszych miejscowości regionu. Pierwszą informację o Mstowie można znaleźć w bulli Papieża Celestyna III z 1193 r. W 1278 r. Mstów otrzymał prawa miejskie, a stracił je po powstaniu styczniowym w 1870 r. Obecnie Mstów jest siedzibą samorządu gminnego.
Nie zwiedzamy Mstowa. Ograniczamy się jedynie do Skały Miłości.
Według podań Skała Miłości to zaklęta para zakochanych, a źródło bijące u jej stóp posiada właściwości lecznicze.
Do wzniesienia prowadzi ścieżka spacerowa. Znajdują się przy niej ławki. Można się zatrzymać aby odpocząć lub nacieszyć oczy malowniczą scenerią.
W Mstowie zmieniamy kierunek jazdy. Odbijamy na południe. Następny przystanek to Olsztyn. 
Olsztyn nazywany jest też Olsztynem Jurajskim. Od 2022 r. jest znów miastem. W 2012 roku zrewitalizowano Rynek. Moją uwagę przyciągnęły postacie zawieszone na linach. 
Ponad miejscowością, na jurajskim wapiennym wzgórzu wznoszą się ruiny średniowiecznego zamku, który wybudował w XIV wieku król Kazimierz Wielki. Do ruin prowadzi z Rynku ulica Zamkowa - swoisty deptak z kramami i knajpkami. Dawniej na zamku olsztyńskim odbywały się pokazy laserów. Natomiast kilka lat temu odbył się pierwszy, turniej rycerski. Od tamtego czasu każdego sierpnia, w dniu odpustu w Olsztynie, organizowany jest Turniej Rycerski o szablę Starosty Olsztyńskiego. We wrześniu natomiast hucznie obchodzi się Juromanię.
Wejście na zamek jest oczywiście płatne. I na tym nie koniec. Aby wejść na wieżę, kupujemy drugi bilet. Przypomina mi to trochę zwiedzanie Kazimierza Dolnego - wejście na Górę Trzech Krzyży - bilecik, wejście na Basztę - bilecik, wejście do ruin zamku - bilecik. Istny bilecikowy zawrót głowy :)
Z Olsztyna jedziemy do Złotego Potoku. To ostatni punkt na naszej dzisiejszej mapie.
Złoty Potok położony jest w sercu Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Przyciąga turystów licznymi atrakcjami. My dojeżdżamy do Złotego Potoku wczesnym wieczorem. Pozostało nam niewiele czasu na zwiedzanie. 
Jednym z zabytków Złotego Potoku, związanym z osobą Zygmunta Krasińskiego, jest dworek, wzniesiony w pierwszej połowie XIX w. Ojciec poety, Wincenty Krasiński zakupił ten obiekt w 1851 r. Zygmunt Krasiński, przebywał tutaj dwukrotnie. Obecnie w dworku mieści się Muzeum Regionalne im. Zygmunta Krasińskiego. 
Obok dworu znajduje się Pałac Raczyńskich. Został przebudowany w latach 50 XIX wieku, z inicjatywy nowego właściciela Wincentego Krasińskiego. Powstał na miejscu zamku, a wcześniej dworu obronnego z wieżą, stojącego tutaj od końca XIII wieku. Ostateczną, neoklasycystyczną formę budynek uzyskał na początku XX wieku, po przebudowie dokonanej przez hrabiego Karola Raczyńskiego. Pałac otacza park krajobrazowy.
Dworek i pałac oglądamy z zewnątrz (pałac można oglądać tylko z zewnątrz). Robimy fotki. Dzień dobiega końca.
Kategoria wyprawy, Jura Krakowsko-Częstochowska
Dolina Dunaju - Budapeszt
-
DST
114.01km
-
Czas
06:17
-
VAVG
18.14km/h
-
VMAX
28.91km/h
-
Temperatura
20.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Noc była bardziej niż rześka. Założyłam wszystko co miałam ciepłe, a i tak zmarzłam. Niestety dopadło mnie na koniec wyprawy choróbsko i nie odpuszcza. Nie mogłam spać. Nawet nie pamiętam ile razy się budziłam.
Wstałam o godz. 6.40. Kolega już się krzątał. Ależ było zimno! W namiocie mój rowerowy licznik pokazywał zaledwie 6 stopni na plusie, to ile było na zewnątrz?!
Zajęłam się gotowaniem. Dzisiejsze śniadanie było ciut nietypowe, bo czy ktoś jada barszcz biały z makaronem? Barszczu i makaronu wystarczyło dla nas dwojga. W miłej atmosferze zaczęliśmy kolejny dzień w drodze. Przy śniadaniu oznajmiam, że nie wytrzymam jeszcze jednej nocy pod namiotem. Ja czuję się fatalnie, a choróbsko wspaniale. Boli mnie głowa, nos mam nabrzmiały, ani odetchnąć, a do tego kaszel...
Kolega skwitował krótko - zmieniamy plany, dalej jedziemy pociągiem i nocujemy pod dachem. Nie, aż tak chora nie jestem, aby jechać pociągiem. Dam radę dojechać do Budapesztu. Postanawiamy, że jedziemy główną drogą nr 51. Byłam wdzięczna koledze za zrozumienie.
Nie spieszymy się z wyjazdem. Do Budapesztu mamy jedynie około 70 km. Suszymy na słońcu namioty, oglądamy ośrodek, gapimy się na Dunaj. Miejscówka jest urokliwa. Wyjeżdżamy około godz. 10.30. Znamy trasę, jechaliśmy nią drugiego dnia naszej wyprawy. Dzisiaj jednak ciut ją modyfikujemy. Z Apostag do Dunavesce jedziemy główną drogą, po czym przed miasteczkiem odbijamy w "naszą" rowerową ścieżkę. Z jaką nostalgią patrzę na miejsce naszego pierwszego biwaku nad Dunajem w Dunavesce. Wówczas nie zajeżdżaliśmy do miasteczka. Dzisiaj nadrabiamy zaległości. Odbijamy ze ścieżki prowadzącej wzdłuż Dunaju i jedziemy do centrum Dunavesce. 
W Dunavesce wjeżdżamy na drogę nr 51. Na szczęście nie ma zakazu poruszania się rowerem. Ruch jak to na Węgrzech - spory. Głowa mi pęka od tego ryku samochodowych silników. Kolega proponuje odbicie do Tass. To dobry pomysł. Ciut nadrobimy, ale choć przez chwilę nie będzie słychać tego jazgotu. W Tass nie wjeżdżamy z powrotem na główną drogę. Kierujemy się boczną drogą do Dunaju, a dalej do Ráckeve jedziemy urokliwym skrótem wzdłuż Dunaju - trasą EV6.
Jestem urzeczona pomostami nad brzegiem rzeki. Mijają nas dwie pary sakwiarzy.



Do Ráckeve wjeżdżamy przez ukwiecony most. Całe miasto jest ukwiecone. Pięknie, urokliwie, bajecznie!


Robi się coraz później. Wpisuję do garmina adres hostelu, w który mamy zarezerwowany jutro nocleg. Zamierzamy pojawić się tam już dziś. Mam nadzieję, że będą wolne miejsca. Nie czuję się najlepiej. Niech garmin prowadzi. Zgodnie z jego wyliczeniem do hostelu zostało 38 km.
I wtedy to się stało. Kolega poszedł do punktu informacji turystycznej i wrócił z mapą z wyrysowaną na czerwono drogą rowerową prowadząca do przedmieść Budapesztu. Zapytał czy mam tę drogę na swojej mapie. Niestety nie. Nie chciałam z nim dyskutować i się spierać. Ok, niech nawiguje, ale czy możliwa jest nawigacja z taką mapą? Gdy zginął nie tylko asfalt, ale i szutr, a kolega wjechał w pole z trawą po kolana za miejscowością Majosháza, nie wytrzymałam. Robi się coraz później, ja już ledwo żyję, a on chce chyba pchać rower przez wysokie trawy do samego Budapesztu. Oznajmiam, że wracam na asfalt i asfaltem dojadę do Budapesztu. Kolega jedzie za mną, ale mijamy polną drogę.Nakazującym tonem mówi, aby jechać tą drogą. Nie mam ani siły ani ochoty jechać za nim w nieznane, chcę asfaltem jak najszybciej dojechać do drogi nr 51. Kolega nie jedzie za mną, realizuje swój plan. Sama dojeżdżam do drogi nr 51, a tu czeka mnie niespodzianka - znak "zakaz ruchu rowerów". Dzwonię do kolegi, nie odbiera. Trudno dalej pojadę bocznymi drogami z pomocą garmina i mapy OsmAnd w smartfonie. Kolega się uaktywnił, przysłał mi sms, że czeka na mnie na moście na drodze nr 51. Odpowiadam, że jadę bocznymi drogami ze względu na zakaz.
Jadę do miejscowości Delegyháza. Gdy sprawdzam trasę wyznaczona przez garmina z mapą w smartfonie podjeżdża do mnie miejscowy na rozklekotanym rowerze. Pana bardzo interesuje co ja tu robię. Tłumaczę, że jadę do Budapesztu. Kiwa z politowaniem głową i tłumaczy mi na migi, że czeka mnie co najmniej dwie godziny na rowerze. Patrzy na ekran mego smartfona i pokazuje jak mam jechać, wymienia nazwy miejscowości. Jest bardzo miły. Jedzie ze mną do skrzyżowania z drogą prowadzącą do Dunavarsány. Dziękuję mu za pomoc, żegnam się i jadę dalej. Dojeżdżam do Dunavarsány, a stąd kieruję się do Taksony. Przed Taksony nie wjeżdżam na drogę nr 51. Konsekwentnie chcę dojechać do Budapesztu drogami, po których można poruszać się rowerem. W Taksony wjeżdżam na drogę nr 510. Teraz cofam się w kierunku z jakiego przyjechałam. Dojeżdżam do mostu na Dunaju, przejeżdżam na drugą stronę. Ruch jest niesamowity. Zaczął się powrót z pracy. Jadę między autami stojącymi w korku. Zaczyna zmierzchać. Zakładam czołówkę i włączam tylną lampkę. Daję się prowadzić garminowi. Jadę, jadę, jadę... Z jaką radością mijam tablicę Budapeszt i jadę, jadę, jadę... na zmianę ulicą, to rowerową ścieżką. Jest już ciemno. Hostel znajduje się praktycznie w centrum, na prawym brzegu Dunaju na ulicy József ucta 13. O godz. 19.15 parkuję Scotta przed Goodmo House przy ulicy József ucta 13. Dojechałam, jestem na miejscu. Dzwonie do Hani. Ona przez internet rezerwuje mi nocleg. Wszystko trwa chwilę. Udało się! Wchodzę pewnie do hostelu. Jestem zmęczona i chora, ale szczęśliwa. Sama sobie poradziłam, no z pomocą Hani na ostatniej prostej :) Dzwoni kolega, jest na miejscu. Mówię fajnie i kończę konwersację. Najnormalniej w świecie strzelam focha :)
Wyprawa dobiegła końca. Jeszcze tylko dwa dni spędzę w Budapeszcie i wracam do domu. Przywiozę ze sobą wspomnienia oraz nowe doświadczenia. To była wyjątkowa wyprawa. Dzięki niej odzyskałam pewność siebie :)
Kategoria Dolina Dunaju 2018, wyprawy
Dolina Dunaju - Dunaföldvár
-
DST
72.95km
-
Czas
04:12
-
VAVG
17.37km/h
-
VMAX
39.29km/h
-
Temperatura
18.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
W cebulkowej piżamie wytrzymałam do godz. 1.40. Było mi bardzo ciepło i bardzo niewygodnie. Wyszłam na zewnątrz. Cisza. Namiot od wiatru zasłaniała ściana drzew. Do śpiwora wróciłam bez kurteczkowych i polarowych dodatków. Po raz drugi obudziłam się nad ranem. Ależ ziąb!!! Polarowa bluza i czapka wróciły do łask.
Obudziłam się około godz. 6.00, ale nie spieszyłam się ze wstawaniem. Nie chciało mi się wychylać nosa z ciepłego śpiwora. Słyszałam, jak kolega mówił, że nad ranem były jedynie dwa stopnie na plusie. Czy to możliwe?
Wszytko kiedyś się kończy, nawet leżakowanie w ciepłym śpiworze w zimny poranek. Wstałam tuż przed godz. 7.00. Założyłam na koszulkę kurteczkę, polar, kurtkę wiatrówkę, spodnie z polaru, czapkę i polarowy kominek na szyję. Ależ było rześko! "Parowałam" przy każdym wydechu. Zimnica!!! Na dodatek nie czuję się najlepiej. Obawiam się, że to może być początek przeziębienia. Podobnie, jak wieczorem aplikuję sobie porcję lekarstw.
Zaczęliśmy z kolegą dzień od gorącej herbaty, po czym zabraliśmy się do zespołowego gotowania. Palnik mój, a tym razem jego butla, moja zupa pieczarkowa, jego kasza kus-kus. Śniadanie jemy razem. Jak miło! I co najważniejsze - w obu kołach mego roweru jest powietrze. Dzisiejszego poranka nie powinno być schodów :)
Przed wyjazdem obowiązkowo suszę namiot. Tropik i sypialnię rozwieszam na barierkach "końskiego toru przeszkód". Nie wiem co to jest. Koni z samego rana nie było na treningu. Nie widziałam także śladów końskich kopyt.
Mimo starań i ociągania się znowu pierwsza zapakowałam na rower sakwy i namiot. Dzień w drodze zaczęliśmy po godz. 9.00. Słońce powoli przeganiało zimnicę. Zapowiadał się pogodny i słoneczny dzień.
W promieniach słońca dojechaliśmy do centrum Gerjen. Przystań promowa znajdowała się kilkaset metrów dalej. Był pomost, jachty, tylko prom gdzieś zaginął. Powtórzyła się historia z Lasu Gemelc. 

Niestety nie umiem pływać, więc pokonanie Dunaju wpław nie wchodzi w rachubę. A tak bardzo chciałam wrócić do Budapesztu inną trasą - przez Kolosca, Foktö, Uszkód, Solt.
Modyfikujemy plany i wspólnie z kolegą ustalamy, że wracamy do drogi głównej, którą dojedziemy do Dunaszentgyöry, a stąd ulubioną drogą nr 6 z zakazem poruszania się rowerów dotrzemy do bocznej drogi, którą jechaliśmy kilka dni temu z Paks do Szekszárd.
Jedziemy nie spiesząc się. Dojeżdżamy do Dunaszentgyöry. Węgierskie miasteczka nie przestają mnie zadziwiać. Wydawać by się mogło, że miasteczkowe życie skoncentrowane jest przy drodze głównej, jednak nic bardziej mylącego. Węgierskie miasteczka są składową labiryntu uliczek. To takie małomiasteczkowe mrowiska.
Odbijam z głównej drogi w jedną z uliczek. Za mną jedzie kolega i nie komentuje, że jadę jak chcę. Zanim dojedziemy do drogi nr 6 skręcimy w kolejną uliczkę, kolejną, kolejną... i nie dotrze do mnie żaden komentarz :) Dzień zapowiada się bardziej niż miło. Nareszcie jest tak, jak powinno być podczas wspólnego pedałowania. 
W dobrej atmosferze wjeżdżamy na drogę nr 6. Szczęście w nieszczęściu, że do pokonania szóstką są tylko mniej więcej 2 kilometry. Robi się coraz cieplej. Odbijamy w boczną drogę w kierunku Szölöhegy i zaraz za skrzyżowaniem robimy garderobiany przystanek. Wprawdzie po wczorajszym pedałowaniu pod wiatr nie czuję się najlepiej, mam chrypę i ledwo co mówię, ale zamieniam czapkę z polaru na wyprawowy kapelusik, a wiatrówkę pakuję do sakwy. Albo, albo - albo się rozchoruję, albo się wyleczę w promieniach słońca.
Do Paks dzieli nas około 13 km. Jedziemy znajomą trasą. Przejeżdżamy nad autostradą, mijamy Szölöhegy i wjeżdżamy na drogę główną do Paks. Teraz mamy z górki. Jadąc za free wspominam jak kilka dni temu podziwiałam Hanię, która wjeżdżała pod górkę na mieszczuchu.
Przejeżdżamy przez Paks. Jest wczesne popołudnie, około godz. 14.00. Z rozrzewnieniem patrzę na mijane ulice. Tu już byłam. Jestem sentymentalna. Od dawna mam udziwnione marzenie - chciałabym przejechać po raz kolejny przynajmniej jedną z wcześniejszych wyprawowych tras. Najchętniej przejechałabym po raz drugi alpejskim przełęczami w Szwajcarii lub jeziorami alpejskimi we Włoszech. Może kiedyś to zrobię, ale dziś uzmysławiam sobie, że moje udziwnione marzenie właśnie się spełnia. Powielamy trasę sprzed kilku dni! Muszę uważać o czym marzę, bo moje marzenia czasem się spełniają! Ciekawe, co przyniesie przyszłość, które jeszcze ze swych marzeń spełnię.
W Paks zatrzymujemy się w Lidlu na zakupy. Kupuję na obiad mały jogurt, bułkę i 2 banany. Bułka i banany - coś mi to przypomina, czy przypadkiem któryś z naszych skoczków nie stosował takiej diety? Będę lekka jak piórko.
Za Paks odbijamy w drogę prowadzącą do Bölcske po wale wzdłuż Dunaju. Jadąc pośród pól w sąsiedztwie Amazonki Europy prowadzę z kolegą bardzo miłą konwersację. Dzielę się z nim radosną dla mnie nowiną, że właśnie spełnia się moje marzenie - jadę trasą, którą jechałam już wcześniej. Takie udziwnione marzenie mogło się zrodzić tylko w bardzo udziwnionej głowie. Kolega jednak dyskretnie milczy, nie komentuje moich filozoficznych wywodów o spełnianiu się marzeń. Tak, dzisiejszy dzień jest wyjątkowy. 
Drogą prowadzącą wałem wyjeżdżamy za Bölcske. Dojeżdżamy do głównej drogi oznaczonej na mapie żółtym kolorem. Ciut oddalamy się od Dunaju. Mijamy znane nam tereny. W dalszym ciągu prowadzimy miłą konwersację. Między innymi głośno zastanawiamy się nad dzisiejszym noclegiem. Było za wcześnie, aby rozbić biwak nad Dunajem przed Bölcske. Ustalamy, że postaramy się dojechać do miejsca naszego pierwszego noclegu w Dunavesce, chyba, że znajdziemy fajniejszą miejscówkę.
Około godz. 17.00 docieramy do rogatek Dunaföldvár. Tym razem jedziemy do centrum. Jestem ciekawa tego miasteczka. Zwiedzanie zaczynamy od marketu Spar. Tym razem robię zakupy na bogato - dwie 2-u litrowe wody, ciastka i bułki. Opiję i objem się za wszystkie czasy :)
Robi się coraz później. Jeszcze tylko kilka fotek na pamiątkę i jedziemy dalej. 




Dojeżdżamy do drogi, którą wjeżdżaliśmy do miasta, a z niej odbijamy na ścieżkę rowerową prowadzącą na most i przez most na Dunaju. Do Dunavesce pozostało kilkanaście kilometrów. Gdy przejeżdżamy przez żelazny mostek na odnodze Dunaju wiemy, że jednak nie dojedziemy do miejsca naszego pierwszego biwaku. Grzechem byłoby omijać taką miejscówkę! To jest TO miejsce, które zachwyciło mnie kilka dni wcześniej. Teraz jest idealna pora na rozbicie biwaku. Zjeżdżamy do Dunaju. Nad brzegiem znajduje się ośrodek wędkarski z pięknym trawnikiem idealnie komponującym się z naszymi namiotami. Jakaż cudowna trafiejko/niespodziewajka. Zostajemy. Kolega pyta pracownika ośrodka, czy możemy rozbić namioty. Możemy. Co więcej - możemy skorzystać z prysznica i toalety! Jak przyjemnie będzie wziąć ciepły prysznic! Ależ nam się poszczęściło. Trzeba to uczcić uroczystą kolacją. 







Kategoria Dolina Dunaju 2018, wyprawy
Dolina Dunaju - Gerjen
-
DST
82.24km
-
Czas
04:43
-
VAVG
17.44km/h
-
VMAX
42.54km/h
-
Temperatura
16.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Wyjątkowo dobrze mi się spało, mimo że było rześko i nawet trochę zmarzłam nad ranem. W nocy obudziłam się tylko dwa razy. Wypełzłam z namiotu o godz. 6.30. Ależ była rosa! Straszliwa! Dobrze, że nasze obozowisko znajduje od wschodniej strony.
Poranek jest pogodny i rześki. Jeszcze moment i ogrzeję się w promieniach słońca. Tymczasem zabieram się za gotowanie i suszenie namiotu.
Proponuję koledze, że podzielę się z nim zupą. W sumie podróżujemy tylko we dwoje... Kolega daje kaszę kus-kus i rosołek. Mam różne kulinarne wyprawowe doświadczenia. Moi dotychczasowi kompani byli serdecznymi i życzliwymi osobami. Np. podczas wyjazdu do Włoch w 2014 roku na trzy osoby mieliśmy tylko jedną moją kuchenkę oraz dwie menażki i poradziliśmy sobie. Gotowaliśmy wspólnie dzieląc się obowiązkami. Ależ to była super wyprawa! Trasa, jak trasa, ważniejsi byliśmy my, stanowiliśmy jedną wyprawową rodzinę.
Podczas tego wyjazdu jest trochę inaczej, ale śniadanie jemy wspólnie. To taki miły początek dnia. Jestem bardzo zadowolona. Choć nie powinnam chwalić dnia o poranku.
Założyłam sakwy na rower i czym prędzej je zdjęłam. Nie mam powietrza w tylnym kole. Trudno mi w to uwierzyć, bo nie jechaliśmy po niewiadomo czym. Gdybym lepiej się przyjrzała kołu po zdjęciu sakw pewnie zauważyłabym, że powietrze zeszło, ale nie do końca i wystarczy zacząć od dopompowania dętki. Ja jednak zdejmuję koło, odkręcam wentyl i dopiero wtedy powietrze schodzi do końca. Kolega właśnie się spakował. Proszę go o pomoc w zmianie dętki. Pomaga mi ze zdjęciem opony i założeniem dętki, a gdy dochodzi do etapu pompowania koła zaczynają się schody. Za mało trenowałam czynności techniczno-rowerowe przed wyjazdem, mam nową pompkę i wstyd się przyznać, ale coś mi nie idzie pompowanie nową mini pompeczką. Idę z kołem na osiedle. Może ktoś ma sprężarkę i pomoże mi sprawnie napompować koło. Na ulicy spotykam starszego pana. Mówię "jona podkiwano", uśmiecham się, pokazuję na koło i na migi tłumaczę co mnie tu sprowadza. Idziemy na posesję przemiłego Węgra. Pan wyjmuje z samochodu małą sprężarkę, ale niestety nie działa. Przynosi olbrzymią ręczną pompkę i na zmianę zabieramy się do pompowania. Pan wskazuje opaskę na nadgarstku i mówi "kaput", a wskazując na sprężarkę "szajs". Oboje się śmiejemy. Jestem mu bardzo wdzięczna za pomoc.
Wracam bardzo zadowolona i po raz kolejny dowiaduję się czegoś nowego o sobie... Przyszła pora na nadstawienie drugiego policzka. W milczeniu cierpliwie czekam na przyjście właściwej pory na odzew na moją prośbę o pomoc w założeniu tylnego koła. Doczekałam się, kolega nawet dopompował mi koło. Oczywiście podziękowałam. Po tym doświadczeniu napompuję i założę każde koło. Podróże bardzo kształcą.
Wyjeżdżamy tuż po godz. 11.00. Jest słonecznie i wietrznie. Wiatr jest przeszywający i wręcz lodowaty. Na koszulkę z krótkim rękawem zakładam kurtkę przeciwdeszczową/przeciwwietrzną. Podobnie, jak wczoraj jadę w długich spodniach - leginsach.
Jest zbyt późno i nie wracamy do Pécs na zwiedzanie. Jesteśmy na rogatkach miasta od strony naszej dzisiejszej trasy - drogi nr 6. Na chwilę zatrzymujemy się przed Lidlem. Kupuję wodę oraz banany. Dzisiaj czeka nas jazda drogą, na której nie powinno być rowerzystów.
To najkrótsza trasa do Szekszárd.
Zamierzamy dojechać drogą nr 6 do Szekszárd, a stąd przez Tolną, Fadd do Gerjen i tu przeprawić się promem na wschodnią stronę Dunaju. Bardzo zależy mi na noclegu w Gerjen. Jednak nie wypowiadam na głos swoich myśli, nie chcę zapeszać.
Z Pécs do Szekszárd jest około 58 km. Ruch na drodze jest bardzo duży. Jadę po białej linii wyznaczającej krawędź jezdni. Wiatr jest niesprzyjający, wieje prosto w twarz, a przy tym jest bardzo porywisty. Droga usiana jest hopkami - podjazd, zjazd, podjazd, zjazd. Na podjazdach prędkość spada mi do 8-10 km/h, a na zjazdach wiatr mnie hamuje. Prawdziwa masakra. Kurtka wylądowała w sakwie. Wprawdzie na zjazdach przeszywa mnie lodowate powietrze, ale na podjazdach przypominają mi się upalne dni. Gdyby nie wiało tak porywiście... Oddycham ustami. Ciekawe, czy jutro chrypa da mi wypowiedzieć słowo. Na zmianę raz ja jadę pierwsza, raz kolega, choć on częściej prowadzi.
Droga omija miasta, miasteczka i wsie. Nie odbijamy z trasy i wjeżdżamy do żadnej z miejscowości.
Na trasie mijamy liczne samochody policyjne. Funkcjonariusze dokonują pomiarów prędkości. Nas nie zatrzymują i nie kontrolują.
Kilka kilometrów przed miejscowością Mecseknádasd wjeżdżam na boczną, wąską asfaltową drogę prowadzącą wzdłuż drogi głównej. Droga ciągnie się przez las. Jaka przyjemna odmiana, jaka cisza, nie słychać ryku aut. Droga także usiana jest hopkami. Na jednym z nich czeka mnie niespodzianka. Rozpędzam się na niewielkim zjeździe i raptownie jest stromy podjazd. Nie zdążam ze zmianą biegów. Krótki spacer też jest przyjemną odmianą. Pchając rower pod górkę czuję, jak bardzo znużyła mnie jazda pod wiatr.
Do Szekszárd pozostało około 20 km. Z daleka widzę kolejny policyjny radiowóz stojący w zatoczce po prawej stronie drogi. Jest trzech funkcjonariuszy. Wchodzimy, a raczej wjeżdżamy im prosto w oczy i ręce. Przecież na takiej drodze nie wypada nie zatrzymać rowerzystów, których teoretycznie nie powinno tu być. Kolega zajmuje się konwersacją z jednym z panów, ja z kolei pokazuję drugiemu i trzeciemu dokąd jedziemy, tłumaczę,że w Gerjen chcemy przeprawić się na drugą stronę Dunaju. Policjanci są bardzo sympatyczni, o żadnym mandacie nie ma mowy. Tłumaczą, że nie powinniśmy jechać tą drogą, że jest niebezpiecznie, pokazują na mapie, że trzeba było odbić w Bonyhád. Robię zdziwioną minę. Wiedzieliśmy o tym doskonale, ale wówczas nadrobilibyśmy sporo kilometrów, a przy takim wietrze nie byłaby to przyjemna jazda. Panowie pozwalają nam jechać dalej, przy czym akcentują abyśmy uważali. Dziękujemy, żegnamy się i jedziemy dalej.
Zatrzymujemy się na chwilkę w Kakasd na łyk herbaty z termosu - kolega i wody z bidonu - ja. Zakładam wiatrówkę. Coś czuję, że odchoruję dzisiejszą trasę. Stoimy tylko chwilę, a ja zaczynam mieć dreszcze. Zimnica!!!
Z jaką radością witam rondo z zaznaczonym zjazdem do Szekszárd!!! Licznik pokazuje 55 km. To były najgorsze 55 km na tej wyprawie. Wiatr mnie strasznie sponiewierał. Z ronda wjeżdżam na boczną drogę prowadzącą wzdłuż szósteczki - bohaterki dzisiejszego dnia. Jedziemy ulicą Bor utca. Jesteśmy na rogatkach Szekszárd od strony miasta Tolna. Wprowadzam do Garmina adres - Tolna. W sumie nie jest to konieczne, ale zawsze pewniej.
Bez większych problemów dojeżdżamy do Tolnej. Jedziemy tą samą drogą co kilka dni wcześniej. No, może nie zupełnie tą samą. Droga jest pokryta nowym asfaltem, nie ma dziur. Zaraz po wjeździe do miasta zatrzymujemy się przed supermarketem SPAR. Skończyła się woda. Idę pierwsza na zakupy. Do mego koszyka oprócz wody wkładam krem czekoladowy, krakersy, pszenną bułkę. Mam ochotę na coś wyjątkowego. Na samą myśl o bułeczce z kremem czekoladowym robi mi się słodko.
Straszliwie marznę czekając na kolegę. Zakładam pod wiatrówkę cienką rowerową kurteczkę. Oprócz polaru i tej kurteczki nie zabrałam ciepłych rzeczy. Robi się coraz później. Jest już po godz. 17.00.
Jedziemy dalej. Kolega rozgląda się za miejscem na rozbicie biwaku, a ja z uporem maniaka ciągnę w milczeniu dalej. Mijamy Fadd i podobno dobrą miejscówkę na nocleg - plac pod kościołem w centrum wsi. Robi się zimno nie tylko z powodu porywistego wiatru. Trudno. Ciągnę dalej. Jest kierunek do Gerjen. Pokonujemy 4-5 km i dojeżdżamy do wsi. Tuż po wjeździe do miejscowości zauważam park, nie park, jakieś zarośla. Fajna miejscówka. Ciut dalej od drogi, za ścianą drzew, w otoczeniu jakby treningowego toru przeszkód dla koni. Choć... konia z rzędem - nie wiem co to jest.
Rozbijamy namioty. Jest już ciemno. Swoje cudeńko wyprawowe jestem w stanie rozbić z zamkniętymi oczami. Wtedy mnie olśniło i zaproponowała, że rozbiję drugi namiot. Zrobiło się jeszcze zimniej, ale gdy po dłuższej chwili padło pytanie - "czy robimy herbatę" zrobiło się tak ciepło, że uśmiechnęłam się do siebie w ciemnościach. Jednak dzień kończy się miłym akcentem.
Wieczór jest zimny. Lodówka. Na zewnątrz jest zaledwie 9 stopni na plusie, a w namiocie mój rowerowy licznik pokazuje temperaturę 17 stopni. Myję się chusteczkami i zakładam do spania na koszulkę termiczną, cienką kurteczkę rowerową i polar, a na leginsy piżamowe spodnie z polaru, na stopy skarpety, a na głowę czapkę z polaru. W życiu tak się nie "ogaciłam" do spania! W śpiworze jest mi ciasno i niewygodnie, ale ciepło. Aż do dzisiaj nie byłam takim zmarzluchem, a może bierze mnie przeziębienie. Przed snem zaaplikowałam sobie leki - tabletkę ibuprofenu i trzy tabletki rutinoskorbinu. Kończy się kolejny dzień w drodze...
Kategoria wyprawy, Dolina Dunaju 2018






