wyprawy
| Dystans całkowity: | 4796.89 km (w terenie 140.00 km; 2.92%) |
| Czas w ruchu: | 233:14 |
| Średnia prędkość: | 14.92 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 57.90 km/h |
| Liczba aktywności: | 77 |
| Średnio na aktywność: | 62.30 km i 4h 29m |
| Więcej statystyk | |
Neapol
-
DST
121.27km
-
VMAX
46.50km/h
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Noc była spokojna. Tym razem pobudka była o godz. 5.10, ale wstaliśmy nieco później, w końcu jesteśmy na wakacjach :) Wyjeżdżamy o godz. 6.30. Przed nami Neapol.... cdn.
Kategoria wyprawy, Toskania 2014
Przechodniu powiedz Polsce....
-
DST
84.77km
-
VMAX
47.10km/h
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Wstajemy około godz. 5.30. Poranek jest rześki. Zwinięcie obozu zajmuje nam około godziny, no może niektórym trochę dłużej. Patrząc na Patryka odnoszę wrażenie, że się ściga. Znowu?! Ach, ci mężczyźni, ale czy urodził się taki, który prześcignął kobietę w pakowaniu?! O ile rozbijanie "nieodgadnionej zagadki" idzie mi tak sobie, to w jej składaniu jestem mistrzynią!
Ostatni na drogę wychodzi Michał. Czekając na niego zmarzłam.
Na rozgrzewkę mamy podjazd. Patryk na poczekaniu wymyśla hasło, które będzie towarzyszyło nam do końca wyprawy - "Podjazd z rana, jak śmietana!"
Humory dopisują, tym bardziej, że nareszcie zaczynają się ładniejsze widoki -
górki, pagórki, aż chce się pedałować. 
Początkowo jedziemy wspólnie, ale
Michał, jak to Michał jedzie w swoim tempie, niekoniecznie w naszym i
jak to Michał.... gubi się na pierwszym skrzyżowaniu. Zauważamy zgubę.
Czekamy 5 minut, 10 minut... Gdzie on jest, powinien już dojechać.
Wracamy do skrzyżowania. Rozjeżdżamy się. Po pokonaniu 3 km dostaję
sms-a od Patryka - zguba się odnalazła.
Jedziemy bocznymi drogami. Nawierzchnia przypomina nasze połatane szosy. W jednej z mijanych miejscowości czeka nas stromy podjazd. Fajnie, jest od czasu do czasu pospacerować ze Scotem :)
Jedziemy od około dwóch godzin, a przecież wyjechaliśmy na głodniaka. Przyszła pora na śniadanie. Znajdujemy idealną miejscówkę na postój. Pomidorowa z makaronem smakuje wybornie.
Kończy się woda. Zatrzymujemy się na stacji benzynowej. Obok jest bar. Mili są ci Włosi - pan z baru pozwala nam napełnić butelki.
W miasteczku Roccasecca zatrzymujemy się na zakupy w supermarkecie. Ja z Patrykiem robimy zrzutkę po 5 euro do wspólnej kasy. Kupujemy za nasze chleb. Od tej pory on i ja będziemy prowadzić na wyprawie wspólną politykę finansową i żywieniową.
Jedziemy dalej. Mijamy między innymi miejscowości Castrocielo, Auqino, San Germano.
W południe, około godz.13.00 rozpoczynamy zdobywanie Monte Cassino. Ja jadę pierwsza. Inaczej wyobrażałam sobie ten podjazd. Myślałam, że będzie ciężko, a jedzie się całkiem przyjemnie. 
Jestem! Dojechałam! Dochodzi godzina 14.20.
Dłuższą chwilę czekam na kolegów. Patryk miał na trasie problemy z nogą. Mamy nadzieję, że to tylko nadwyrężony mięsień. 
Jedziemy na cmentarz....
To miejsce jest bardzo ważne dla nas Polaków...
Wracamy. Przejeżdżamy przez miasto Cassino. Nie spieszymy się, jedziemy powoli rozglądając się. 
Zbliża się godz. 18.00 gdy wyjeżdżamy z miasta. Pokonujemy około 20 km i rozglądamy się za miejscem na biwak. Odbijamy w boczną drogę, jeszcze jedną boczną drogę, przejeżdżamy pod wiaduktem kolejowym i rozbijamy namioty na łące zasłoniętej od drogi drzewami i krzewami.
Gotuję kolegom makaron, myję się i nareszcie mam czas, aby na spokojnie przygotować dla siebie kolację. W tym czasie koledzy zażywają kąpieli. Pełen kompromis wyprawowy.
Kategoria wyprawy, Toskania 2014
Rzym i droga na Monte Cassino
-
DST
104.08km
-
VMAX
45.50km/h
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Wstajemy zgodnie z planem - skoro świt - około godz. 5.30. Zwijamy obozowisko w wojskowym tempie - przecież nocowaliśmy w parku :)
Ku
naszemu wielkiemu zdziwieniu okazuje się, że namioty rozbiliśmy przy
drodze, a przecież wieczorem brodziliśmy w trawie po kolana, aby jak
najdalej od niej odejść. Chcieliśmy się ukryć przed nieproszonymi
gośćmi, a tu proszę rozstawiliśmy namioty przy drodze w sąsiedztwie
baraków... To zapewne stąd dochodziły w nocy odgłosy rozmów. Śmiejemy
się sami z siebie. Jakie z nas zuchy :)
Takie są właśnie uroki
rozbijania namiotów po ciemku. 
Namioty są bardzo mokre. W życiu nie widziałam TAKIEJ rosy. Zwijamy obozowisko i jedziemy dalej zwiedzać Rzym.
Jest niedzielny poranek. Ulice są puste. 
Kierujemy się w stronę Watykanu. Chcemy tam być przed tłumem turystów. 
Zanim trafimy na Plac Św. Piotra jedziemy do Zamku św. Anioła.
Zamek św. Anioła nazywany jest
inaczej Mauzoleum Hadriana. Można go podziwiać po
lewej stronie rzeki Tybr niedaleko Watykanu. Jest to grobowiec cesarza
Hadriana, zaczęto go budować jeszcze za życia tego władcy. Dokładny
okres wznoszenia obiektu mieści się między sto trzydziestym piątym
a sto trzydziestym dziewiątym rokiem naszej ery. Cały ten
architektoniczny kompleks ma formę kwadratu, natomiast budowla główna -
czyli zamek, ma kształt kolisty. Nie było to jednak mauzoleum przez cały
czas, a jedynie do roku dwieście siedemdziesiątego pierwszego. Obiekt
włączono w poczet obronnych murów. Potem został zamieniony na więzienie.
Wiek piaty przyniósł kolejne zmiany - budowla stała się fortecą.
Dopiero wraz z końcem szóstego stulecia została nazwana Zamkiem św.
Anioła. Miano takie nadał jej papież Grzegorz I Wielki. W drugiej połowie trzynastego
wieku budowla została połączona z Watykanem korytarzami pod ziemią.

W oddali widać Bazylikę Św. Piotra na Watykanie. Jest to jedno z
najważniejszych miejsc dla chrześcijan w Rzymie. Bazylika Św. Piotra to
także drugi co do wielkości kościół na świecie, wysokość budowli to 119
metrów, powierzchnia jej wynosi 15160m². Bazylika powstawała w latach
1506 – 1626, a jej głównymi architektami byli słynni: Michał Anioł,
Rafael Santi i Donato Bramante. Budowla jest charakterystycznym
przykładem stylu renesansowego, a budulcem jej jest kamień i marmur.
Legenda mówi, że bazylika stoi w miejscu ukrzyżowania i pochówku św.
Piotra. 
Jesteśmy już bardzo blisko...
Patryk zostaje przy rowerach, a ja i Michał wchodzimy do Bazyliki. Możemy do woli cieszyć oczy widokiem pięknego wnętrza. Jesteśmy w grupie nielicznych zwiedzających.W centralnej części bazyliki znajduje się zejście do Grot
Watykańskich, których umieszczone są sarkofagi papieskie, w tym również
grób papieża Jana Pawła II.
Plac Św. Piotra zapełnia się, a my ruszamy dalej.
Dojeżdżamy do Pałacu Sprawiedliwości, w którym mieści się siedziba Sądu Najwyższego. Popularnie nazywany jest terminem Palazzaccio.
Jeden z bardziej zjawiskowych budynków Wiecznego Miasta. Patrząc na
fasadę, od strony mostu Umberto I widać bogato zdobioną
elewację. Dwupiętrowy obiekt zdobią wysokie, wąskie okna. Wszystkie
oddzielone od siebie zdobnymi kolumnami. Nad całością czuwa pomnik
usytuowany na dachu Pałacu. Podjeżdżając bliżej można zauważyć z
jakimi pietycyzmem i szczegółowością wyrzeźbiono wszelkie gzymsy i
ozdobniki ponad oknami oraz na elewacji frontowej. Całość utrzymana jest
w ciemnobrązowej tonacji.Do pięknego gmachu raczej nie pozwala się wchodzić turystom. Pozostaje obejście pałacu wokoło. I tak warto.Pałac Sprawiedliwości mieści się w dzielnicy Prati - w kwadracie między
Piazza dei Tribunali, Via Triboniano, Via Ulpiano i Piazza Cavour.Pałac Sprawiedliwości mieści się niedaleko za Zamkiem św. Anioła, patrząc
od strony Watykanu.
Jesteśmy na Placu Navona. Na samym środku Placu Navona stoi jedna z bardziej znanych fontann -
Fontanna Czterech Rzek. Powstała na zlecenie papieża Inocentego X, a
wykonał ją Gianlorenzo Bernini w połowie XVII w. Cztery rzeki wyrażone
symbolicznie w rzeźbiarskich formach to Dunaj, Nil, Ganges i Rio de la
Plata. Obelisk, który współtworzy fontannę stał wcześniej przy via
Appia i został wkomponowany przez artystę.
Czy to echo przeszłości... Dojechaliśmy do Forum Romanum ( z łac. rynek rzymski), centrum religijnego, politycznego i gospodarczego życia starożytnego Rzymu. Znane też jako Forum Magnum tj. plac w starożytnym Rzymie,
położony u stóp Kapitolu i Palatynu. W okresie cesarstwa Forum zostało
rozbudowane i wzbogacone o liczne świątynie i łuk triumfalny cesarza
Augusta. Od V wieku ulegało stopniowemu zniszczeniu. W IX, X wieku
stanowiło kamieniołom gdzie łatwo pozyskiwano budulec do nowych budowli.
Do XVIII wieku służyło na wypas bydła. Prace wykopaliskowe rozpoczęto
na początku XIX wieku i prowadzono systematycznie.

Zwiedzamy, zwiedzamy i... gubimy Michała. Zauważamy, że jedziemy we dwoje przed Koloseum. Wracamy, kluczymy uliczkami i nic. Zostaję w miejscu, w którym po raz ostatni widzieliśmy Michała, a Patryk szuka go dalej. Zauważam ich z daleka. Jaka ulga... Michał odnalazł się przy Koloseum... Od tej chwili, będziemy się gubić i odnajdywać :)
Przed Koloseum są tłumy turystów. Koloseum, czyli Amfiteatr Flawiuszów to jedna z najbardziej
zadziwiających, zachowanych do czasów obecnych starożytnych rzymskich
budowli. Koloseum zostało wybudowane za panowania dynastii Flawijskiej w
latach 70 – 80 nowej ery. W 80 r. zakończono budowę Koloseum i była to
wówczas największa budowla w Rzymie. Koloseum było wielkim
- 50 m wysokości, 188 m długości i 156 m szerokości – elipsowatym
amfiteatrem. W niszach kolumnad frontowych umieszczono posągi bóstw.
Ogromny posąg (Collossus) poświęcony bogu – Słońcu dał nazwę
amfiteatrowi – Koloseum. Bezimienny architekt, który zaprojektował
Koloseum korzystał z greckich i rzymskich tradycji budowlanych dodając
kilka nowych rozwiązań. Amfiteatr był miejscem krwawych imprez i walk
gladiatorów. Organizowano tu uroczystości o charakterze religijnym,
święta państwowe oraz pokazy historyczne. 

Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę przed Łukiem Konstantyna Wielkiego. Ta okazała budowla powstała w okresie pomiędzy trzysta dwunastym a trzysta
piętnastym rokiem ery nowożytnej. Jej wzniesienie wiązało się między
innymi z obchodami dziesięciolecia objęcia władzy w cesarstwie przez Konstantyna. Rzeźby umieszczone
na łuku są przedstawieniem ludów, które to podbił jeszcze za
swego panowania cesarz Trajan. W budowli znajdują się pomiędzy posągami również płyty z
pięknymi płaskorzeźbami datowane jeszcze na czasy Marka Aureliusza. Cała budowla jest fantastycznie ozdobiona. 
Czas nagli. Uzupełniamy zapasy wody i ruszamy dalej. Cel - Monte Cassino.
Wyjechaliśmy z Rzymu. Jedziemy główną drogą. Ruch jest duży, upał straszliwy i zero ładnych widoków. Jest po prostu brudno, przy drodze walają się śmieci. O zgrozo! Prawie najechałam na martwego szczura! Okropność! Patryk żartuje, że jest świeże mięsko...
To nie są moje klimaty! Ja lubię zachwycać się przyrodą, kontemplować widok gór, jezior, potoków... A tu co?! Ale, jak mówi ludowe porzekadło "Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma". Wszystkiego trzeba w życiu posmakować, nawet rywalizacji z kolegą. Tak, Patryk nakręca coraz szybsze tempo. Michał zostaje daleko w tyle. Zdecydowanie to nie są moje klimaty, jestem na wakacjach, a nie na zawodach i nie zamierzam z nim się ścigać! Zwalniam, Patryk także. Dojeżdża Michał. Około godz. 13.00 zatrzymujemy się na postój na jakimś placu, pod drzewami. Obok znajduje się budynek - ruina, a przed nim auto z przyczepą pełną arbuzów. Patryk wybiera bardzo okazałego. Cena jest przystępna. Arbuz jest bardzo soczysty, pyszny, przepyszny.
Korzystając z chwili odpoczynku rozkładam na słońcu swój namiot. Suszę "nieodgadnioną zagadkę".
W cieniu drzew jest bardzo przyjemnie, ale pora ruszać dalej.
Mijamy między innymi miejscowości San Cesareo, Volmontone. 
Nie przypominają one urokliwych miasteczek w północnych Włoszech położonych nad jeziorami alpejskimi, ale jak się nie ma co się lubi...
Dojeżdżamy do miasteczka Frosinone. Nawigacja skierowała nas na prywatną drogę. Włoch stojący przy bramie jednej z posesji zatrzymuje nas i gestykulując tłumaczy, że tędy nie ma przejazdu. Pyta skąd jesteśmy i dokąd jedziemy. Odpowiadamy, że jesteśmy Polakami i jedziemy do Monte Cassino. Mężczyzna kiwa głową ze zrozumieniem i... wskazuje nam skrót do głównej drogi, tłumacząc przy tym, że będzie bardzo pod górę. I było...
To nic, że jest ciężko. Nareszcie widać coś ładnego - górki, pagórki...
Jedziemy drogą wśród lasów i łąk. To taki przyjemny akcent na koniec dnia. Zbliża się godz. 20.00. Szukamy miejsca na biwak.
Rozbijamy namioty na łące osłoniętej od drogi lekkim wzniesieniem porośniętym jeżynami. Podczas moich dotychczasowych podróży z sakwami miałam ustalony wieczorny rytuał - rozbijam namiot, myję się i jem obiado-kolację. Moim kompani mają jednak nieco odmienne zapatrywania na kolejność wieczornych wyprawowych czynności - namiot, posiłek i mycie. Jestem nieugięta. Proszę bardzo, mogę przygotować posiłek, ale po butelkowym prysznicu. Wolnoć Tomku... Ja się myję, a koledzy kucharzą. Mamy tylko jedną kuchenkę gazową.
Podano do stołu:) Koledzy zapraszają mnie na kolację. Danie z makaronu prawie im wyszło :) Cóż, skoro można zmieniać poglądy, to co dopiero jakaś tam kolejność wieczornych czynności na wyprawie. Do kosza z nią - przecież jesteśmy jedną ekipą :)
Kategoria wyprawy, Toskania 2014
Roma
-
DST
21.99km
-
VMAX
32.70km/h
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Italia powitała nas ciemnymi chmurami i deszczem. Padało, to za mało powiedziane - lało, ale im bliżej Rzymu, tym niebo było pogodniejsze.
Do Rzymu przyjeżdżamy z niewielkim opóźnieniem. Na dworcu czeka na nas Michał - kolejny kompan naszej rowerowej ekipy. Jesteśmy w komplecie.
Składamy rowery, zawieszamy sakwy i.... Zaczyna się nasza włoska przygoda.Celem jest Sycylia.
Pierwsze rowerowe kroki kierujemy na dworzec. Wypada kupić bilety powrotne z Palermo do Neapolu. Spotyka nas pierwsze rozczarowanie - biletów brak! Należało dużo wcześniej zrobić rezerwację. A może to dobry znak? Będzie, co będzie, jak przygoda, to przygoda przez duże "P". Nie rezygnujemy z podróży na Sycylię. A powrót do Neapolu? Jakoś to będzie :)
Ruszamy w miasto. Roma woła!
Rzym położony jest na siedmiu wzgórzach skupionych nad
rzeką Tyber, która przepływa przez środek miasta z północy na
południe.Według legendy miasto zostało założone w 753 r. p.n.e. przez
Romulusa na
Wzgórzu Palatyńskim. W ciągu kolejnych pięciu stuleci Rzymowi udało się
podporządkować sobie obszar całego Półwyspu. Miasto stworzyło
najpotężniejszy organizm państwowy w basenie Morza Śródziemnego
(republikę, potem cesarstwo). W okresie rozkwitu cesarstwa Rzym
zamieszkały był przez ponad pół miliona ludzi. Na początku nowej ery
miasto było jednym z największych ośrodków chrześcijaństwa. Po podziale
cesarstwa na zachodnie i wschodnie w 395 r., Rzym
przestał być stolicą kraju. Upadek miasta, który nastąpił w 476 r.
przypieczętowały liczne najazdy plemion germańskich. W 754 r. miasto
stało się stolicą Państwa Kościelnego. Przez kolejne kilkaset lat rozwój
miasta hamowały konflikty papieży z cesarzami i najazdy. W XV i XVI w.
Rzym
stał się obok Florencji i Mediolanu głównym centrum kultury i sztuki
renesansowej. W 1870 r. miasto zostało włączone do Włoch, stając się w
1871 r. stolicą kraju, zaś władzę papieską ograniczono do Watykanu.
Na ulicach panuje duży ruch. Patryk jest przewodnikiem. To jego kolejny pobyt we Włoszech i w Rzymie. Korzysta z rowerowej nawigacji, więc mamy pewność, że się nie pogubimy...
Przemykami rowerami między autami. Czasem jedziemy pod prąd, aby skrócić trasę, a może tak kieruje nas nawigacja Patryka? Kierowcy są dla nas bardzo wyrozumiali. Pewnie przyzwyczaili się do widoku sakwiarzy. Nasza trójka trzyma się razem. Jak się później okaże będzie to jeden z tych nielicznych dni, gdy się nie pogubimy :)
W Rzymie jestem pierwszy raz. Historia jest na wyciągniecie dłoni...
Jestem oczarowana, zauroczona, zachwycona. To nic, że chodnikami płynie
morze turystów. Jest pięknie - koniec, kropka, basta! Czuję jak coraz
bardziej ogarnia mnie błogie uczucie, cieszę się, że tu jestem, że
pomykam na rowerze ulicami Wiecznego Miasta. Czy to ta krótka chwila
szczęścia?! Tak czuję się szczęśliwa i wolna!!! Codzienność została
gdzieś tam daleko, liczy się tu i teraz :)
Mamy niewiele czasu na zwiedzanie. Ograniczamy się do najbardziej znanych miejsc....
Zaczynamy od Ołtarza Ojczyzny.Uważany jest za największy współczesny monument w Europie. Zbudowany
został w latach 1885-1911 według projektu G. Sacconi dla uczczenia 50.
rocznicy powstania Królestwa Włoch. Ma przypominać zjednoczenie kraju i
jednocześnie stanowić symbol Ojczyzny. Znajdują się tu także prochy
Nieznanego Żołnierza. Nad całością dominuje gigantyczny posąg pierwszego
króla zjednoczonych Włoch - Wiktora Emanuela II Sabaudzkiego.
Ołtarz Ojczyzny oddano społeczności w 1925 r. 
Jedziemy do Fontanny di Trevi. Jest ona monumentalną konstrukcję XVIII-wieczną o wymiarach 20x26 metrów z łukiem triumfalnym w centrum i licznymi figurami. Niestety rok 2014 przebiega w Rzymie pod hasłem
"Remontujemy zabytki". Fontanna Di Trevi jest w remoncie (podobnie
Koloseum).
Kolejny przystanek to Schody Hiszpańskie, prowadzące do kościoła Trinitia dei Monti. Schody te są uznawane za najdłuższe i najszersze w Europie. Mimo tłumu turystów czujemy się jak modele na
wybiegu :)


Będąc w Rzymie nie sposób ominąć Panteonu, starożytnej świątyni zlokalizowanej na Polu Marsowym.
Robi się późno. Kręcimy się po mieście szukając księgarni. Chcę kupić mapę Włoch. Po co mi mapa, skoro korzystamy z nawigacji? Jestem staroświecka. Lubię wodzić palcem po mapie, po drogach, którymi jechałam. Gdy już niemalże rezygnujemy z poszukiwań okazuje się, że w olbrzymim budynku przed którym zatrzymaliśmy się jest.... księgarnia i to jaka! Kupuję dwie mapy - Włochy północne i Włochy południowe. Jestem zadowolona, bardzo zadowolona.
Zapadł zmrok. Robimy rundę po mieście. Rzym nocą wygląda cudownie :)
Szukamy noclegu. W dwóch hostelach, do których prowadzi nas nawigacja Patryka jest komplet gości... Pozostaje nam jedno rozwiązanie - wyjeżdżamy na obrzeża, tylko, że jutro do południa mamy w planie dalsze zwiedzanie. A może... Nie, to nierozsądny pomysł... ale, jak przygoda przez duże "P" to PRZYGODA! Patryk na planie Rzymu odnajduje zielony teren - w pobliżu jest park. Biwak w parku, praktycznie w centrum Rzymu. Jak to brzmi?! SZALEŃSTWO, a jednak :)
W sąsiedztwie parku jest osiedle bloków mieszkalnych :) Zapowiada się ciekawie. Wchodzimy przez jakąś boczną furtkę. Nie chcą nas tu - furtka jest tak wąska, że aby przeprowadzić przez nią rowery zdejmujemy sakwy. No, poszło... Jest jakaś ścieżka. Ktoś idzie... Nie wiem kto był bardziej zestresowany - my czy Włoch. Pan pozdrowił nas, my jego również. Nie świecimy świateł, nie chcemy rzucać się w oczy miejscowym... Odchodzimy od drogi, brodzimy po kolana w trawie. Szukamy miejscówki na biwak. Jest! W ciemnościach miejsce wydaje się idealne - z dala od drogi, bloków, między drzewami, w trawie po kolana :) Ciekawe, co pokaże ranek, czy dobrze trafiliśmy ;)
Rozbijam namiot. Chcąc zmniejszyć wagę ekwipunku pożyczyłam malutki namiocik od Bożenki. Przed wyjazdem Bożenka pokazała mi, jak rozkłada się to miniaturowe cudeńko. Nieodgadniona zagadka :) Śpię między dwoma zwisającymi nade mną firankami. Coś poszło nie tak?
Słyszę, jak koledzy spinają rowery. Tylko, czy rozmawiają przy tym po włosku. Pewnie mi się wydawało, przecież założyliśmy obozowisko daleko od ludzi.... Głosy są coraz cichsze, cichsze... Zasypiam....
Kategoria wyprawy, Toskania 2014
Życie w drodze
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
W domu panuje cisza... Jest już po północy. Wszyscy śpią. Ja nie mogłam usnąć. Wiem, że powinnam choć chwilę odpocząć przed podróżą, ale bezsenna noc stała się standardem przed rowerowym wyjazdem. Za kilka godzin po raz kolejny wyruszam na rowerową włóczęgę z sakwami. Po raz drugi jadę do Włoch. Tym razem trasa wiedzie z Rzymu do Palermo na Sycylii. Ta wyprawa będzie inna od dotychczasowych - nie chciałam jechać sama. Jadę z osobami, które znam tylko z kilku rozmów telefonicznych , sms-ów i maili. Połączyła nas wspólna pasja - ciekawość świata i zauroczenie rowerową włóczęgą - życiem w drodze. Życie w drodze... To moje drugie życie. Czy potrafiłabym żyć bez tego "drugiego życia"? Nie, już nie. 

Gdy piszę te słowa wspomnienia jawią się, jak żywe. Kiedyś podczas wakacyjnego wyjazdu w góry spotkałam kobietę, która z synem wędrowała rowerem. Sakwy zawieszone na rowerach, namiot, karimaty, jakież to wydawało mi się niesamowite. Podróżować po świecie rowerem.... Od tego czasu zaczęłam marzyć.... Kupiłam rower. Robiłam przydomowe kółeczka. Pewnego razu przyjaciółka przysłała mi linka do stron rowerowych. Zaczęłam czytać relacje z wypraw, oglądałam zdjęcia i dalej śniłam na jawie.
Zupełnie niespodziewanie los postawił na mojej drodze sakwiarza - rowerowego podróżnika i włóczęgę. On pokazał mi jaki piękny jest świat oglądany z rowerowej perspektywy. Z nim odbyłam swoje pierwsze zagraniczne wyprawy. Był dla mnie kimś wyjątkowym. Nasze drogi się rozeszły. Pozostały piękne wspomnienia i albumy zdjęć. Dziękuje Ci mój Przyjacielu i życzę, aby spełniło się Twoje wielkie rowerowe marzenie, abyś wyruszył na niekończącą się wyprawę przez świat.
Pora jechać. Jadę do Piły. Tu zaczyna się moja włoska przygoda. Jak będzie?
15 sierpnia 2014 r. godz. 10.45.
Jestem w Pile. Dworzec PKP, skąd ma odjechać autokar nie robi na mnie dobrego wrażenia. Sprawdzam połączenia powrotne. Porażka. Nie wiem jak się stąd wydostanę po powrocie. Nie chce teraz o tym myśleć. Będę się nad tym zastanawiać później....
Dostaje sms-a od Patryka. Pisze, że już jest w Pile. Rozglądam się.... Widzę jak w oddali szczupły chłopak przechodzi przez ulicę prowadząc rower obwieszonym sakwami. Z pewnością to Patryk. Idę w jego kierunku i dzwonię do niego. Chłopak odbiera telefon. Teraz jestem pewna, że to Patryk - jeden z rowerowych kompanów. Mówię, aby spojrzał do tyłu i pozdrawiam go z daleka. Widzimy się po raz pierwszy.... Mamy wspólnie spędzić dwa tygodnie na rowerowej włóczędze. Po kilku grzecznościowych zwrotach zaczynamy gadać, jak znajomi :) Mam wrażenie, że nadajemy na podobnych falach :) Moje obawy co, do wyjazdu z nieznajomymi powoli gasną. Podchodzimy do Starszego i Młodego - moi faceci odwieźli mnie do Piły. Rozmawiamy wspólnie. Zbliża się godz. 12.00 - godzina odjazdu autokaru. Patryk dostaje telefon od kierowcy, czeka na nas w pobliżu.... Konsternacja - przyjechał po nas bus. Okazuje się, że mamy jechać do Złocieńca, gdzie czeka na nas autokar.Ładujemy rowery, żegnam się ze swoimi i w drogę.
Przed godz. 14.00 dojeżdżamy do Złocieńca. Jedziemy z firmą Roma Bus.
W autokarze jest prawie komplet pasażerów. Rowery i nasze bagaże lądują w luku bagażowym. Ruszamy. Trasa wiedzie przez Szczecin - moje ulubione miasto, cieszę się z tego. Kolejne przystanki są w Berlinie, Norymberdze, Monachium, Bolzano, Trento, Veronie, Modenie, Florencji. O godz. 15.00 mamy dojechać do Rzymu.
Podróż przebiega spokojnie. Cały czas rozmawiamy. Słuchamy razem muzyki - Patryk podzielił się ze mną słuchawkami :) Nabieram pewności, że po raz kolejny los postawił na mojej drodze dobrego człowieka, fajnego kompana i że nie będę żałowała decyzji o wyjeździe z "nieznajomymi".
Kategoria wyprawy, Toskania 2014
Powrót c.d. - Niemcy i trochę Polski
-
DST
55.64km
-
Czas
03:07
-
VAVG
17.85km/h
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dotarłam na dworzec. Stąd pociągiem przez Niemcy prawie do granic Polski. Ostatnie 40 i trochę kilometrów do Polski pokonałam rowerem w środku nocy... Jeszcze kilka godzin na dworcu, pociąg relacji Lublin i byłam prawie w domu :)
Kategoria wyprawy, Jeziora alpejskie 2013
Powrót do domu - Austria
-
DST
84.46km
-
Czas
04:42
-
VAVG
17.97km/h
-
Aktywność Jazda na rowerze
Droga do granicy biegła malowniczą doliną....
Było też 9 km pod górę przed granicą z Niemcami. Pogoda dopisywała - bezchmurne niebo, słońce, aż żal, że to ostatnie kilometry wyprawy...
Kategoria wyprawy, Jeziora alpejskie 2013
Żółte sakwy na Passo Rombo
-
DST
82.38km
-
Czas
07:06
-
VAVG
11.60km/h
-
Aktywność Jazda na rowerze
Nie mogłam w nocy spać. Wstałam, pospacerowałam po sadzie. Noc była piękna - bezchmurne niebo, księżyc, gwiazdy, jak marzenie... Wyjątkowo nie leniuchowałam w śpiworze. Pobudka o godz. 7.00, a o godz. 8.00 byłam już na trasie. To mój ostatni dzień we Włoszech. Zamierzałam wjechać do Austrii pokonując przełęcz Rombo - honorną przełęcz - 2509 m n.p.m.
Za Merano tablica informacyjna wskazywała, że mam do pokonania 51 km. Powiedziałam sobie, że na przełęczy muszę być najpóźniej o godz. 17.00, w innym razie czeka mnie nocleg wysoko w górach. Brrryyy....
Pierwszych kilkanaście kilometrów było lajtowych, prawie po płaskim.
Właściwy podjazd zaczął się około 33 km przed przełęczą. Droga była urokliwa. Widoki niesamowite.
Mijałam malownicze miejscowości oraz pojedyncze domy rozrzucone w dolinie.
Ruch na drodze był duży. Co chwila wyprzedzały mnie auta na niemieckich lub austriackich numerach rejestracyjnych. W kierunku przełęczy jeździł także autobus kursowy. Jako ciekawostkę wspomnę, że przełęcz jest "czynna" tylko do godz. 20.00, lub 22.00 - dokładnie nie pamiętam ;)
Widoki stawały się coraz bardziej malownicze, a trasa coraz bardziej wymagająca.
Miałam jeden cel - dojechać na przełęcz do godz. 17.00. Odpoczynki skracałam do niezbędnego minimum i wydłużałam odcinki między postojami. Pobiłam swój dotychczasowy rekord. Przejechałam bez zatrzymywania się 7 km! Jadąc po płaski taki rezultat to nic, ale jadąc pod górę z sakwami to już jest COŚ!
Na około 10 kilometrze przed przełęczą zaczęły się serpentyny. Piękne. Ale trzeba się było napracować :)
Po pokonaniu serpentyn podjazd stawał się bardziej stromy.
Wjechałam na drugą stronę zbocza. Zmienił się wiatr. Wiał w twarz. Byłam na poziomie wierzchołków szczytów. Niesamowite uczucie!
Droga na przełęcz prowadziła przez 18 tuneli.
Wjeżdżając do ostatniego tunelu włączyłam lampki. Drogę oświetlały jedynie odblaski na całej długości skrajnych jej krawędzi. Tunel ciągnął się bez końca...
Poczułam ulgę gdy ponownie zobaczyłam niebo nad sobą. Byłam coraz wyżej. Wiatr się wzmagał. Zrobiło się strasznie zimno. Zatrzymałam się przed przełęczą. Założyłam wszystkie ciepłe rzeczy - kurtkę rowerową, polar, kurtkę przeciwdeszczową, spodnie przeciwdeszczowe, ciepłą czapkę z polaru i długie rękawiczki.
Dojechałam! Była za kwadrans siedemnasta!
Ustawiłam rower pod tablicą z danymi przełęczy. Zaczęłam ustawiać aparat do zdjęcia... Palce zdrętwiały mi z zimna... Już miałam zrezygnować z fotki, gdy dostrzegłam nadjeżdżającego sakwiarza. Miał piękne żółte sakwy. Jadąc na przełęcz minęłam parę sakwiarzy zjeżdżających w dół. Byłam pewna, że oni i ja jesteśmy jedynymi sakwiarzami zdobywającymi dziś passo Rombo.
Sakwiarz podjechał bliżej. Pozdrowiliśmy się gestem dłoni, po czym on wskazując na mój aparat zapytał po polsku, czy mi pomóc. Jaki ten świat mały! W Bergamo natknęłam się na rodaków, w tym sakwiarza, ale to co innego - urocze miasto, mnóstwo turystów, ale TU!
On też był zaskoczony - nie spodziewał się TU spotkać rodaczki. Postawił swój rower obok mego i ... mam fajne zdjęcie z dwoma rowerami :)
Pożegnaliśmy się życząc sobie powodzenia.
Zjeżdżając przez moment widziałam przed sobą żółte sakwy...
Zjechałam kilka kilometrów i zaczął się podjazd... Ta przełęcz jest wyjątkowa. Podjazd nie był bardzo długi, ale na tyle długi, że musiałam zdjąć część rzeczy. Mimo przeszywającego wiatru było mi za ciepło. Dojechałam do punktu poboru opłat, rowerzyści byli zwolnieni, i zaczął się ponownie zjazd. Taki prawdziwy!
Byłam w Austrii. Zmęczenie dało o sobie znać. Nie szukałam miejsca na nocleg na dziko. Postanowiłam, że tę noc spędzę, jak rowerowy burżuj - na campingu. Przecież jestem na wakacjach :)
Kategoria wyprawy, Jeziora alpejskie 2013
Jabłka, jabłka... aż po Merano
-
DST
63.38km
-
Czas
05:02
-
VAVG
12.59km/h
-
Aktywność Jazda na rowerze
Obudziłam się z małym bólem głowy i jabłkami przed oczyma :)
Pewnie zaszkodziło mi spaghetti :) Tym razem nie spieszyłam się ze zwijaniem obozowiska. Namiot sechł na słońcu, a ja sprawdzałam nowy patent - pranie w worku. Polecam i podaję instrukcję użycia pralki wyprawowej: rzeczy włożyć do worka, wlać wodę, wsypać proszek lub wlać płyn, zamknąć worek, po czym potrząsać i ugniatać. Worek założyć na rower, aby w trakcie jazdy jeszcze doprało. Płukać w rzece lub jeziorze :)
Wyjątkowo zjadłam na miejscu śniadanie i przez to tak się ociągałam, że wyjechałam koło południa.
Jak okiem sięgnąć sady i sady i sady... i droga bardzo w górę.
Jadąc minęłam zamek.
Droga wiodła cały czas w górę. Podjazd był bardzo męczący. Dojechałam do Coredo. Uzupełniłam zapas wody i... wspomnienia ożyły. Wybrałam trasę pieszą chcąc skrócić czas dojazdu do miasteczka Sanzeno. Były sady, las, krzaczory i schody.
Typowa trasa piesza. Wielką zaletą tej trasy było znalezienie w lesie strumyka, w którym wypłukałam pranie :) Moje sakwy przyozdobione bluzką, spodenkami i czymś jeszcze wyglądały urokliwie :)
Z Sanzeno cały czas jechałam w górę w kierunku przełęczy Palade. Podjazd był męczący, choć wydawał się być łagodny. Przełęcz nie jest honorna, ma zaledwie 1518 m n.p.m.
Trochę zmęczona dojechałam na szczyt. Robiło się późno. Zjeżdżając zatrzymałam się aby choć przez chwilę móc podziwiać dolinę i szczyty.
Zjazd ciągnął się na odcinku 15 km. Zjechałam do Merano. Zmierzchało. Jadąc za znakami szukałam campingu. Niestety oznaczenia były takie niedokładne, że nie udało mi się...
Namiot rozbiłam na obrzeżach miasta, w sadzie obok starej szopy.
Kategoria wyprawy, Jeziora alpejskie 2013
Paralotnie nad Lago di Molveno i sady jabłkowe
-
DST
67.84km
-
Czas
04:42
-
VAVG
14.43km/h
-
Aktywność Jazda na rowerze
Tradycją na tej wyprawie stało się wczesne budzenie :) Więc... obudziłam się jak zwykle około godz. 7.00. Tym razem w szybszym tempie pakowałam swój namiot, ale i tak nie zdążyłam... Gdy wychyliłam głowę zobaczyłam kobietę idąca po schodach w stronę jeziora. Minęła mój namiot i... żadnej reakcji. Niestety i tym razem nie dane mi było poznać carabinieri, choć bardzo się starałam :)
Moimi sąsiadami byli młodzi ludzie - Ona i On. Zwinęli swój namiot w błyskawicznym tempie :) Plecak mieli olbrzymi :)
Kolejną atrakcją była wycieczka Czechów lub Słowaków. Gdy już byłam gotowa do drogi to spora grupka wycieczkowiczów przeszła obok mego byłego obozowiska. Jeszcze tylko spacer brzegami jeziora i ruszyłam w drogę, jak zwykle bez śniadania.
Dzisiaj czekało na mnie kolejne jezioro - Molveno.
Droga wiodła doliną, lekko w górę. Zdobyłam przełęcz o wysokości około 700 m n.p.m.
Passo del Ballino :) niby nic, ale zawsze przełęcz :)
Jadąc rozglądałam się za stolikiem i ławeczką. Wypadało zjeść śniadanie. Znalazłam idealne miejsce w miejscowości Vlone. Na rozstaju dróg, skrzyżowaniu :) było wydzielone miejsce z "wodopojem", stolikami i ławeczkami. Pięknie ogrodzone, obsadzone drzewami z kapliczką obok studni. Urocze miejsce. Właśnie to jest w Italii takie wyjątkowe - miejsca, gdzie można zatrzymać się i odpocząć, jest wszystko - woda, stół, ławki :) Zupa jarzynowa z wkładką w postaci makaronu była wyborna. Nie wiem, czy aż tak byłam głodna, czy to miejsce aż tak poprawiło mi apetyt :) Oczywiście zaparzyłam herbatę i zjadłam coś słodkiego. Żal było opuszczać takie apetyczne miejsce.
W Vigo Lomoso zrobiłam zakupy, m.innymi dwie czekolady.
Droga cały czas wiodła w górę... Wypłaszczyło się po minięciu San Lorenzo, choć czy to można było nazwać wypłaszczeniem :) Już po płaskim dojechałam nad jezioro Lago di Molveno. Widok na jezioro, miasteczko Molveno u podnóża szczytów... urokliwe.
Molveno słynie z czegoś jeszcze - jest mekką paralotniarzy.
Zjechałam na dół do miasta. Nacieszyłam oczy widokiem na jezioro. Skosztowałam kupionej wcześniej czekolady i w drogę. Wyjeżdżając po raz ostatni spojrzałam na jezioro, pięknie ...
Z Molveno jechałam cały czas w górę. Robiło się późno, a ja miałam przed sobą spory odcinek do pokonania. Planowałam zatrzymać się w Cles. Podjazd ciągnął się do Andalo. Potem było z góry.
Za wszelką cenę chciałam dojechać do Cles i dlatego chcąc skrócić trasę zaryzykowałam. Wbrew informacji o trasie dla rowerów w kierunku Cles skierowałam się na drogę główną. Przejechałam kilka kilometrów i "niespodziewajka" - jakby powiedział mój znajomy - zakaz jazdy rowerem. Trudno - pojechałam. Trzymając się prawej linii przy krawędzi jezdni jechałam w górę, noga za nogą. Byłam zmęczona, ruch duży, a ja jadę wbrew zakazowi. Tylko raz ktoś na mnie zatrąbił. Ci Włosi to całkiem kulturalni kierowcy.
Skręciłam do pierwszej miejscowości - Mollaro. Spojrzenie na mapę - trochę nie tak, ale może będzie dobrze. Nabrałam wody w butelki i worek, bo przecież trzeba się umyć przed snem. W Mollaro jak okiem sięgnąć ciągnęły się sady jabłkowe.
Jechałam drogą wśród jabłoni. Było stromo, a ja wiozłam kilka litrów wody w butelkach i 10 litrów wody w worku. Dociągnęłam na szczyt, wjechałam do kolejnej miejscowości, a tam... studnia :) No i jak tu było nie użyć fajnego słowa :)
Zbliżała się godz. 19.00, a ja nie znalazłam jeszcze miejsca na nocleg. Nie chciałam nocować w sadzie, ale bałam się, że nie będę miała wyjścia.
Jak to mówią "mądry to ma szczęście". Przytrafiła mi się "trafiejka", jak by powiedział mój znajomy. Przejechałam około 2 km i zobaczyłam idealne miejsce na obozowisko. Ogrodzony teren porośnięty sosnami, na wzniesieniu ławeczki i stoliki, a w dole lasek i ... mój namiot :)
Miejsce na zawieszenie worka z wodą też znalazłam. Zagotowałam wodę, wymieszałam z zimną i prysznic miałam jak w hotelu z czterema gwiazdkami.
A na kolację ugotowałam spaghetti z sosem kupionym w Vigo Lomosa, lub w innym mieście :) Tym razem zamiast herbaty była odrobina białego półwytrawnego wina. Kolacja smakowała wybornie i podziałała jak środek nasenny. Menażkę i zęby umyłam rano :) Przecież jestem na wakacjach ;))))
Kategoria wyprawy, Jeziora alpejskie 2013






