Basik prowadzi tutaj blog rowerowy

Wpisy archiwalne w kategorii

wyprawy

Dystans całkowity:4796.89 km (w terenie 140.00 km; 2.92%)
Czas w ruchu:233:14
Średnia prędkość:14.92 km/h
Maksymalna prędkość:57.90 km/h
Liczba aktywności:77
Średnio na aktywność:62.30 km i 4h 29m
Więcej statystyk

Maraton Lago Di Italia :)

  • DST 87.24km
  • Czas 06:08
  • VAVG 14.22km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 19 września 2013 | dodano: 29.09.2013

Obudziłam się jak zwykle ok. godz. 7.00. Następne dwie godziny zabrało mi małe leniuchowanie w śpiworze, ubieranie, notowanie, pakowanie, fotografowanie.... I jak zwykle wyjechałam później niż pierwotnie zamierzałam, a dziś wypadało się pospieszyć. Plan miałam napięty - przede mną maraton Lago Di Italia. Czekały na mnie cztery jeziora!
Wyjechałam ok. godz. 9.00 tradycyjnie na głodniaka, ale naubierana na cebulkę :) Poranek był rześki, a przede mną kilka kilometrów zjazdu. Po przejechaniu 4 km dotarłam do Anfo. Na rondzie obrałam kierunek na Lago Garda. Jazda w pojedynkę ma jedną wadę - nikt się nie martwi, że źle pojechałam na rondzie, że nie zaczekałam na skrzyżowaniu, nikt mnie nie szuka za rondem i skrzyżowaniem ;)))
Za Anfo zrobiło mi się ciepło - cebulka nie wytrzymała konkurencji z promieniami słońca. To już u mnie standard - ubieranie - rozbieranie :)
Już na letniaka i dalej na głodniaka dojechałam do miasteczka Lavenone. Zatrzymałam się na zakupy. Miałam ochotę na pszenne bułeczki :) Kupiłam dwie olbrzymie w kształcie granatu bojowego :) Gdybym jechała z kimś, to zapewne kupilibyśmy cztery... Mój apetyt podpowiedział, że z bułeczkami dobrze komponują się pomidory... Też kupiłam, aż ... cztery :) W sakwie miałam konserwy - polskie paszteciki drobiowe: tradycyjny, z pomidorami i papryką. Śniadanko zapowiadało się pysznie - bukiet pasztecików z dodatkiem pomidorka :)
Zaraz za marketem, w którym robiłam zakupy odbiłam w drogę nad jezioro Idro. To moja pierwsza wodna premia w maratonie Lago Di Italia. Dodam, że premię wodną należało zdobyć równocześnie z premią górską. Nie ma dobrze, cały czas pod górę :) Na liczniku miałam dopiero 10 km. Ciekawe jak długo ciągnie się premia górska? Czy wierzyć mapie?!


Co tam premia górska, co tam wysiłek, gdy się ma TAKIE widoki!
Droga była coraz piękniejsza i coraz bardziej wymagająca - w górę i w górę, a ławeczki i stolika jak nie było tak nie ma... Podjazd coraz bardziej męczący, coraz więcej wysiłku trzeba wkładać w pedałowanie.

Trudno... Tym razem rozbiłam katering na "zajeździe" drogi. Do kanapek pasztecikowo - pomidorkowych obowiązkowo zaparzyłam herbatę. Ja jadłam śniadanko a obok mnie przejeżdżały auta i motocykle, a nawet jakaś para sakwiarzy - młodzi ludzie Ona i On. Dodam, że przejechało także auto z polskimi numerami rejestracyjnymi...
Ruszyłam dalej i po przejechaniu około 1 km minęłam... ławeczki i stolik :)
Premia górska ciągnęła się przez 9 km, ale potem było już tylko w dół... i kolejna premia wodna.

Piękne jezioro Lago Di Valvestino. Woda w tym jeziorze jest krystaliczna. Przez środek wije się jakby wstążka. Coś cudownego! Jest to jezioro zaporowe zwieńczone olbrzymią tamą. Żałowałam, że nie dojechałam tu na nocleg...
Dalej jechałam w dół, po płaskim, lub lekko w górę. W miasteczku Navazzo po raz pierwszy zobaczyłam Gardę. Olbrzymie jezioro, niczym morze...

Do jeziora był zjazd. Zatrzymywałam się co chwila podziwiając Lago Garda. Nad Gardę zjechałam w miejscowości Gargnano. Jechałam drogą zawieszoną na półce skalnej nad jeziorem. Zaciekawiły mnie winnice, inne niż dotychczas widziałam. Mocowania winorośli rozciągnięte były między murowanymi słupami. Wyglądało to dość osobliwie.

W Tingale zjechałam na plażę.

Cały czas droga prowadziła skarpą zawieszoną nad jeziorem. Była wykuta w skale. Przejeżdżałam przez tunele, najdłuższy liczył niewiele ponad 3 km.

Czas naglił. Nie zjeżdżałam do miasteczek. Podziwiałam je z daleka. Moim celem była Riva de Garda - miasto położone na krańcu jeziora u podnóża nietypowej skały.
Z mostu zobaczyłam odbijającą się w świetle księżyca taflę jeziora. Zjechałam w dół. Do jeziora prowadziły schody, a przy nich była tabliczka.... Jak rozbić namiot?
Dróżką przez jakieś krzaczory zeszłam w dół. Zobaczyłam na końcu ścieżki rozbity namiot :) Było ciemno, ja byłam zmęczona, a mimo tabliczki ktoś rozbił namiot, więc...


Jezioro w pobliżu, którego rozbiłam namiot było jeziorem bezodpływowym. Zbierało wodę z gór, która następnie najprawdopodobniej odparowywała. Woda w jeziorze była koloru turkusowego. Urokliwe :)


Kategoria wyprawy, Jeziora alpejskie 2013

Passo della Spina -przełęcz u szczytu Rifugio Piardi

  • DST 53.96km
  • Czas 04:29
  • VAVG 12.04km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 18 września 2013 | dodano: 29.09.2013

Wstałam dosyć wcześnie, jakbym nie była na wakacjach :) Już o godzinie 9.40 byłam gotowa do wyjazdu. Nie to, żeby pośpiech był spowodowany przechodzącymi obok namiotu turystami ;)
Wieczorem gdy rozbijałam namiot na wierzchołku wzniesienia nad szlakiem prowadzącym w góry, nie było żadnego samochodu na pobliskim parkingu. Jacyś zabłąkani turyści odjechali niemal równocześnie z moim pojawieniem się na przełęczy.
Jakże się myliłam myśląc, że namiot rozbiłam w dyskretnym miejscu, na wzniesieniu, nad drogą i z dala od parkingu... Rano, gdy wyszłam z namiotu okazało się, że na parkingu jest dużo samochodów, a turyści ciągnął w góry drogą u podnóża mego wzniesienia i ścieżką obok mego domku. Słychać było też odgłosy pojedynczych wystrzałów. Czyżby rozpoczął się sezon polowań na misia? :)
Założyłam ciepłe ubrania i zaczęłam zjeżdżać z przełęczy, jak zwykle na głodniaka :) Zjechałam kilka kilometrów i zobaczyłam przy drodze, nieopodal wjazdu do gospodarstwa agroturystycznego, coś co na tej wyprawie wywoływało mój uśmiech - ławeczkę i stolik :) Idealne miejsce na śniadanie, tym bardziej, że nieopodal płynął mały strumyczek - idealna zmywarka na menażkę. Tym razem śniadanko było na bogato - zupa grzybowa z wkładką - makaronem świderkami, choć kusiła mnie zupa ogórkowa z chlebem :)
Zadowolona - najedzona :) - zjechałam około 13 km do Lavone, a stąd już droga prowadziła lekko pod górę. Mijając Collio zauważyłam wprost przede mną drogę w górach biegnącą zboczem. Zastanawiałam się czy to moja droga, a jeśli tak to jak tam dojechać i kiedy?

Tak, to była droga, którą miałam jechać. Dzieliło mnie od niej tylko, a może AŻ 25 km. W Collio zaczął się właściwy podjazd... Kilkakrotnie mijani rowerzyści zjeżdżający w dół oraz miejscowi pokazywali mi gest powodzenia? Dlaczego???!!!
Szybko miałam przekonać się dlaczego...Droga była malownicza, ale podjazd był morderczy - zakręty, serpentyny, zakręty, serpentyny...


Powtórzę się - warto było wylewać pot dla widoku z góry i widoku, który roztoczył się po wjeździe na drogę widzianą z dołu w Collio.
Droga z szerokiej drogi asfaltowej przeszła w wąską dróżkę asfaltową, a ta w drogę szutrową biegnącą nad przepaścią. Byłam na wysokości około 1600 m n.p.m., a moja przełęcz znajdowała się na wysokości 1500 m n.p.m. i wieńczył ją tunel. Jadąc lekko w dół nie mogłam nacieszyć oczu pięknem otaczającej mnie przyrody... Passo della Spina - tak nazywa się przełęcz. Jest piękna, niesamowita...


Dojechałam do tunelu. Pierwsza jego część była naturalna - wykuta w skale, a w dalszej części był do połowy wysokości wybetonowany. Jednak nawet taka ingerencja człowieka w jego konstrukcję nie ujmowała mu uroku.
Za tunelem zaczynał się zjazd.

Robiło się późno i było coraz zimniej. Zjeżdżając minęłam jedynie dwie zamieszkałe posesje i nagle zobaczyłam przy drodze na łuku idealne miejsce na biwak - stoliki i ławeczki, a obok nich w sam raz miejsca na namiot :) Niżej było widać kilka domów, ale wyżej były tylko dwa :)
Pomyślałam, a któż będzie jeździł nocą na taką przełęcz, przecież mijałam tylko motocyklistów, więc analizowałam dalej - mimo odkrytego miejsca powinno być bezpiecznie. Było, choć jedno auto hamowało nie mogąc bezpiecznie wjechać w zakręt i kierowca musiał cofać. Pewnie zagapił się na mój namiot :)


Kategoria wyprawy, Jeziora alpejskie 2013

Urokliwe miasteczka nad Lago Iseo

  • DST 52.95km
  • Czas 04:54
  • VAVG 10.81km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 17 września 2013 | dodano: 29.09.2013

Poranek był jak zwykle leniwy... Przecież jestem na wakacjach :) Dzień zapowiadał się pogodny i słoneczny.
Tradycyjnie spisałam dane z licznika, w kilku zdaniach opisałam miniony dzień, nie zapomniałam o porannej toalecie, zwinęłam namiot, spakowałam sakwy i w drogę!
Nocowałam na rogatkach Sarnico nad jeziorem Iseo. Nie zdążyłam rozpędzić roweru, gdy dojechałam do jeziora. Słońce i piękne "okoliczności przyrody" prowokowały...

Pomyślałam, że miło byłoby w takim miejscu zjeść śniadanie :) Rozsiadłam się na ławeczce na deptaku przy jeziorze, umyłam w jeziorze kubek, zaparzyłam herbatę, zrobiłam kanapki...


Jakże miło było poleniuchować... Przecież jestem na wakacjach :)
Nie spiesząc się ruszyłam drogą zawieszoną na półce skalnej nad jeziorem.
Mijałam urokliwe miasteczka i wioski... Zamykam oczy i ożywają obrazy, jestem tam...


Jadę dalej. Droga jest coraz piękniejsza.

Dojeżdżam do miasta Lovere.

Tu odbijam na północ i jadę do miejscowości Pisogne, gdzie odbijam na wschód i zaczynam rowerową wspinaczkę w górę.

Zaczynam podjazd na przełęcz Zona. Pod górę jadę około 16-17 km. Podjazd jest męczący, ale droga bardzo malownicza. Biegnie przez las. Widoki wynagradzają wysiłek. Mijam trzy wioski, w jednej z nich - we Fraine, uzupełniam zapas wody. Na przełęcz dojeżdżam po godz. 19.00. Nie mam wyboru - muszę tu zostać na noc. Jest za późno na zjazd. Wiem, że noc będzie zimna - jestem na wysokości 1400 m n.p.m. Dosyć mocno wieje... To jedyny plus - namiot rano będzie suchy :)


Kategoria wyprawy, Jeziora alpejskie 2013

Bergamo, słońce i milioner z Wrocławia

  • DST 59.45km
  • Czas 03:52
  • VAVG 15.38km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 16 września 2013 | dodano: 29.09.2013

Gdy rozsunęłam zamek tropiku nie mogłam uwierzyć własnym oczom :) Po wczorajszym deszczu nie został ślad :)
Pospiesznie, ale pamiętając, że jestem przecież na wakacjach zwinęłam namiot. Zapakowałam sakwy na rower i... przyjechał właściciel ogrodu i altanki. Pomyślałam, że tym razem mi się nie uda - właściciel wezwie carabinieri i odechce mi się raz na zawsze noclegów na dziko :(
Pan był w starszym wieku i okazał się bardzo sympatyczny :) Na migi pokazałam ;) że nocowałam w namiocie na jego działce pod drzewkami, on z kolei powiedział - chyba - że mogłam przespać się w altance :) Ja używałam języka migowego, a on włoskiego i całkiem dobrze nam się gaworzyło ;) Pożegnałam się i ruszyłam na podbój Bergamo!
Przed wyjazdem do Włoch czytałam o Bergamo w necie. Internauci rozwodzili się nad urodą tego miasta :)
Po pokonaniu 9 km byłam w Bergamo!

Moim celem było stare miasto. Pierwszy widok na stare miasto i od razu zauroczenie. "Po znakach" bez problemu dotarłam do celu.
Na stare miasto można wjechać lub wejść przez imponujące bramy miejskie.


Ja wjechałam rowerem :) W towarzystwie swego ukochanego Scotta i jaszczurek spacerowałam wzdłuż murów okalających starówkę.

Przy bramie miejskiej dla pieszych spotkałam dwoje Polaków z Krakowa - Ona i On. Przeurocza para w średnim wieku. Wymieniliśmy kilka grzecznościowych zdań :) Państwo polecili włoską restaurację, której właścicielką jest Polka - Pani Marzena.
Pogoda była spacerowa. Przyjemnie grzało słońce :) Tym razem już tylko w towarzystwie mego ukochanego Scotta zaszyłam się w urokliwe uliczki.

Kręcąc się bez celu, dla samej przyjemności spacerowania dotarłam do serca starówki.


Tu spotkała mnie kolejna "niespodziewajka", jakby powiedział mój Przyjaciel ;)
Spotkałam sakwiarza z Polski, a dokładnie z Wrocławia. Był w podróży od dwóch miesięcy. Podobno pracował przez siedem lat, a teraz zbiera profity. Ciekawa osobowość :) I jeszcze coś... podobno kręcił film ze swojej wyprawy, podobno premiera będzie na You Tube po 20 listopada :)
Pożegnałam kolegę sakwiarza i pojechałam szukać na wzgórzu tarasu widokowego, by na pożegnanie nacieszyć oczy panoramą Bergamo....
Trafiłam do zamku. Po raz ostatni spojrzałam na piękne Bergamo i ruszyłam w dalsza drogę.


Chciałam jeszcze tego dnia dojechać nad jezioro Iseo. Około godz. 19.00 dojechałam do Sarnico - miasta położonego nad Lago Iseo.
Udało się! Plan został wykonany! Tylko gdzie rozbić namiot... Z trwogą rozglądałam się za miejscem biwakowym, aż... w dole zobaczyłam winnicę :) Nie była ogrodzona od ulicy, więc... a w dole płynęła rzeczka, więc... Kąpiel w rzece w blasku księżyca, namiot wśród winorośli... jak w bajce :)
Kolejna "niespodziewajka", ja to mam szczęście :)


Kategoria wyprawy, Jeziora alpejskie 2013

Lago Como w strugach daszczu

  • DST 59.65km
  • Czas 03:28
  • VAVG 17.21km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 15 września 2013 | dodano: 29.09.2013

W nocy obudził mnie deszcz bębniący o namiot. Rano nie było lepiej - deszcz na moment ustawał, po czym się wzmagał. Zwinęłam namiot korzystając z chwilowej poprawy pogody. Pojechałam do Menagio nad jeziorem Como. Ponownie zamierzałam przeprawić się promem na drugą stronę jeziora. Miasteczko powitało mnie strugami deszczu.

Miałam szczęście! Wjechałam do portu, kupiłam bilet i zacumował prom :) Było bardzo zimno, a uczucie chłodu wzmagał porywisty wiatr.

Płynąc zauważyłam, że prom jakoś tak dziwnie kieruje się w inną stronę, niż ja chciałam jechać. Czyżbym wsiadła na niewłaściwy prom? Bilet kupiłam do Bellagio, ale dlaczego jadę w innym kierunku? Wszystko się wyjaśniło... Prom zawijał do Varonny, a dopiero następnym przystankiem było Bellagio :)
Mimo chłodu w Bellagio skusiłam się na lody. Zaszalałam kupiłam trzy gałki - truskawkowe, jogurtowe i śmietankowe z konfiturą wiśniową :) Były pyszne. Zrobiłam małą rundkę po mieście i dalej w drogę.
Droga wiodła półką skalną wzdłuż brzegów jeziora. Była urokliwa, tylko ten deszcz....

Tą urokliwa drogą dojechałam do Lecco, a stąd już drogą główną obrałam kierunek na Bergamo.
Zaczynało zmierzchać, gdy dojeżdżając do miasta Almenno, zobaczyłam łąkę miedzy ciągnącymi się przy drodze polami kukurydzy :) Łąka kończyła się mini ogrodem warzywnym. Rósł w nim jeden krzak pomidora i jeszcze jakieś warzywa, ale jakie już nie pamiętam :) Ogród oddzielały od łąki drzewka, a w niedalekiej odległości, przy polu kukurydzy stała altanka.
Rozbiłam namiot w pobliżu drzewek, przed ogrodem, ale z dala od altanki.


Kategoria wyprawy, Jeziora alpejskie 2013

Trochę Szwajcarii we Włoszech

  • DST 89.73km
  • Czas 05:10
  • VAVG 17.37km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 14 września 2013 | dodano: 29.09.2013

Jakże ciężko było mi rozstać się z brzózkami w Aurano... Rześki poranek i błękitne niebo zapowiadało piękny dzień.
Po pokonaniu 2 km podjazdu malowniczą drogą zaczęłam zjeżdżać z góry na brzeg Lago Maggiore.

Moim celem była Verbana. Stąd miałam przeprawić się promem na drugą stronę jeziora. Bez problemu dotarłam do portu. Wcześniej wstąpiłam na zakupy :)
Z Verbany dopłynęłam promem do Laveno.

Zacumowałam na trawniku nad jeziorem i rozkoszując się pięknym widokiem na miasteczko zjadłam śniadanie - bułki (kupione w markecie w Verbanie) z kremem czekoladowym kupionym w polskiej Biedronce :)
Drogą biegnącą brzegiem jeziora dojechałam do miasteczka Luino. Przekroczyłam granicę włosko - szwajcarską i wjechałam do Szwajcarii. Kierunek Lugano nad jeziorem Lugano. Jechałam drogą główną oznaczoną na mapie kolorem czerwonym. Ruch był spory, ale nie to było męczące... Droga wiodła pod górę aż do rogatek Lugano. Gdy zaczął się zjazd do miasta, zauważyłam małą uliczkę wijącą się w górę. Skierowałam się w górę, by po zaparkowaniu roweru wejść na murek okalający drogę i z niego podziwiać panoramę Lugano nad Lugano :)

Warto było wylewać pot dla tak pięknego miejsca.
Dotarłam do ulicy biegnącej wzdłuż brzegu jeziora.
Ulica przeszła w aleję parkową, a park zakończył się plażą.

W Lugano zatrzymałam się na dłuższą chwilę. Czas naglił, było popołudnie i trzeba było jechać dalej. Wróciłam ponownie do Włoch. Jadąc drogą biegnącą brzegiem jeziora dojechałam do Porlezza. Tu rozbiłam namiot. Tym razem nocowałam na łące na leśnej, a może parkowej polanie :)


Kategoria wyprawy, Jeziora alpejskie 2013

Wśród brzózek w Aurano :)

  • DST 12.98km
  • Czas 01:54
  • VAVG 6.83km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 13 września 2013 | dodano: 29.09.2013

Na dzisiejszy dzień miałam ambitny plan - wstaję skoro świt i w drogę, ale jak to bywa z planami... Wstałam o godz.9.00, bo jak tu wstać skoro jestem na wakacjach i mogę sobie pozwolić na TAAAKIE lenistwo :) Pożegnałam się z uroczym skalnym domkiem i o godz. 10.30 wyruszyłam w drogę. Moim pierwszym celem było Aurano położone około 7 km dalej. Początkowo droga prowadziła łagodnym podjazdem o standardowym nachyleniu 8 - 12%. Trochę zmęczona dotarłam do Aurano, no i się zaczęło :)

Podjazdy były takie, że kilkakrotnie przegrywałam i zsiadałam z roweru. Szybko przekonałam się, że pchać rower z sakwami jest ciężej niż na nim jechać... Droga malownicza, domki urokliwe, niby wzgórze, a mimo to dalej jechałam pod górę... Honorne przełęcze w Szwajcarii przy tych podjazdach były "małym piwkiem" :)

W ten sposób pokonałam kolejnych kilka kilometrów. Zatrzymałam się przy kamiennych ławeczkach i stoliku usytuowanych przy drodze wśród brzózek. Po drugiej stronie drogi było małe wzniesienie. Nie byłabym sobą gdybym tam nie zajrzała...
Wróciłam po rower i mimo godziny 14.00 zostałam tam na nocleg...
Bajeczne miejsce, do którego już zawsze będę wracać myślami. Ze wzgórza roztaczał się widok na szczyty Alp, jezioro Maggiore i miasteczka położone na jego brzegu.



Pięknie.
Siedziałam przed namiotem urzeczona przepięknym widokiem. Po zachodzie słońca miasteczka rozbłysły milionami świateł. Było cudownie. Wiedziałam, że rano będzie mi bardzo ciężko pożegnać to wyjątkowe miejsce...


Kategoria wyprawy, Jeziora alpejskie 2013

Lago Maggiore

  • DST 94.45km
  • Czas 05:20
  • VAVG 17.71km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 12 września 2013 | dodano: 28.09.2013

Mój pierwszy nocleg na obczyźnie był spokojny, nic i nikt nie zakłócił mi spoczynku. Bez pospiechu zwijałam namiot i w drogę ruszyłam dopiero około godz. 10.00. Zatrzymałam się w miasteczku Castano. Urokliwe miejsce. Była dopiero godz. 11.00, a na ulicach mnóstwo ludzi odpoczywających na ławeczkach. Zastanawiałam się, czy trafiłam na porę sjesty?
W miejscowej piekarni kupiłam chleb pszenny, tzw. ciapattę. Z dżemem truskawkowym zabranym z domu smakowała wybornie :) Dodam, że śniadanie zjadłam w przepięknym otoczeniu - nad kanałem Villoresi przypominającym rzekę o uregulowanych brzegach. Szutrową drogą biegnącą wzdłuż kanału dojechałam do rzeki Ticino. Przekroczyłam ją i już drogą asfaltową dojechałam do miasteczka Oleggio. Tutaj zaciekawiły mnie budowle przypominające opactwo.



W Oleggio wyjechałam na drogę główną w kierunku jeziora Maggiore. Ruch był spory. Bezkolizyjnie udało mi się dojechać do Arony - pierwszego miasta nad Lago Maggiore.


Piękne miejsce :)

Dalej jechałam drogą wijąca się wzdłuż jeziora. W miasteczku Lesa zapuściłam się w urokliwe uliczki.


Kolejną mijaną miejscowością była Stresa. Na deptaku nad jeziorem było mnóstwo turystów. Słychać było rozmowy w różnych językach - angielskim, niemieckim, hiszpańskim, węgierskim...
Widok na jezioro był zniewalający. Podziwiałam wyspy wyłaniające się z jeziora, promy i urocze małe łodzie. Piękny widok. Żałowałam, że było późno i nie miałam czasu na wycieczkę promem na jedną z wysp na jeziorze. Może następnym razem się uda...





Jadąc ze Stresy do Feriolo podziwiałam piękne rezydencje. W Feriolo zjechałam na plażę. Wyjątkowo była to plaża piaszczysta, gdyż we wcześniej mijanych miejscowościach plaże były kamieniste.
Za Feriolo odbiłam w drogę prowadzącą górami wzdłuż jeziora. Zaczął się podjazd. Mijałam malownicze wioski. W jednej z nich o nazwie Cambiosca uzupełniłam zapas wody.


Dalej droga wiodła półką skalną przez las. Była bardzo malownicza.


Na nocleg zatrzymałam się w przepięknym miejscu - u podnóża kamiennych schodów prowadzących do skalnego domu. Dom był opuszczony i wymagał remontu. Usytuowany był na wzgórzu, a wokół niego był sad. Ze wzgórza rozciągał się przepiękny widok na jedną z wiosek zawieszonych na półkach skalnych.



Jakże byłoby pięknie mieć taki domek... Gościć w nim rowerzystów z różnych zakątków świata i słuchać opowieści o ich przygodach...


Kategoria wyprawy, Jeziora alpejskie 2013

Milano

  • DST 37.80km
  • Czas 02:34
  • VAVG 14.73km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 11 września 2013 | dodano: 27.09.2013

Z ponad godzinnym opóźnieniem dotarłam do Mediolanu. Rower na włoskiej ziemi postawiłam po godz. 12.00. Dworzec autobusowy znajdował się na peryferiach miasta, po jego zachodniej stronie, czyli kierunku, w którym zamierzałam się udać. Pokusa zwiedzenia drugiej co do wielkości katedry we Włoszech zwyciężyła z rozsądkiem, który podpowiadał, aby odjechać jak najdalej od miasta, by bez większych problemów znaleźć nocleg.
Pomyślałam, że życie mam tylko jedno i może już nigdy nie będę w Mediolanie, więc co prędzej skierowałam się do centrum. Przyznam, że nie byłam przygotowana logistycznie do zwiedzania Mediolanu i z wielką przyjemnością odkrywałam uroki miasta.

Jadąc w kierunku katedry trafiłam do parku, a następnie do "twierdzy - zamku", by wreszcie zobaczyć katedrę.




Jest niesamowita, przepiękna.
Wejście do katedry jest bezpłatne, ale w przypadku robienia fotek wewnątrz trzeba zapłacić 1 euro. Za fotki nie zapłaciłam, ale nie odmówiłam sobie wejścia na tarasy widokowe na katedrze. Za 7 euro po wijących się schodach weszłam na .... dach katedry. Taras widokowy zawsze kojarzył mi się z tarasem - balkonem, a nie chodzeniem po dachu.


Byłam zaskoczona, ale bardzo pozytywnie. Panorama Mediolanu z dachu katedry jest urzekająca, a sam dach, który nawet nie wiem czy można nazwać dachem, gdyż jest prawdziwym dziełem sztuki, jest ..... po prostu brak mi słów na określenie jak jest piękny, wyjątkowy i niesamowity.





Po zwiedzeniu katedry pozaglądałam jeszcze tu i tam na placu katedralnym i ruszyłam w drogę, w kierunku Lago Maggiore - pierwszego jeziora na mojej trasie.



Na nocleg zatrzymałam się w miasteczku Arluno. Namiot rozbiłam na łące wśród pól kukurydzy :)


Kategoria wyprawy, Jeziora alpejskie 2013

Malinówka nad Jeziorem Łaśmiady

  • DST 104.50km
  • Teren 20.00km
  • Czas 06:06
  • VAVG 17.13km/h
  • VMAX 28.00km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 31 lipca 2013 | dodano: 15.08.2013

Gdy patrzyłam na mapę bałam się tego dnia i tej trasy. Mnóstwo wijących się dróg szutrowych. Czy sobie poradzę? Wstałam jak zwykle skoro świt. Dzień zapowiadał się piękny. To dobrze, bo jeszcze wczoraj straszyło deszczem. Jak zwykle spaceruję, idę nad jezioro. Cisza, spokój - pięknie.
Młody też wstał wcześniej niż zwykle. Chcemy mieć zapas na błądzenie. Śniadanie jemy w altanie. Wyjeżdżamy wcześnie - o godz. 8.00. Żegnamy się z Wigrami. Wracamy do głównej drogi Nr 653. Mamy odbić w lewo w kierunku miejscowości Cimochowizna i Sobolewo. Odbijamy do Cimochowizny. Za wcześnie. Powinniśmy jechać dalej i odbić w kierunku Sobolewa. Droga z asfaltowej zamienia się w piaszczystą. Wiem, że źle skręciliśmy, ale jedziemy dalej. Mapa pokazuje, że powinniśmy dojechać szutrówkami do Sobolewa. W Cimochowiźnie odkrywamy piękne miejsce - camping nad Jeziorem Wigry. Błądzimy jeszcze i dajemy za wygraną. Wracamy na drogę główną. Starszy rowerzysta, którego mijamy mówi, że możemy drogą przez las dojechać do Sobolewa.....
To był wyjątkowy dzień. Błądziliśmy, by w końcu dotrzeć do celu. Zatrzymaliśmy się w Ośrodku Wypoczynkowo - Szkoleniowym w Malinówce. Bardzo ładne miejsce. To był ostatni dzień naszej wyprawy.


Kategoria wyprawy