wyprawy
| Dystans całkowity: | 4796.89 km (w terenie 140.00 km; 2.92%) |
| Czas w ruchu: | 233:14 |
| Średnia prędkość: | 14.92 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 57.90 km/h |
| Liczba aktywności: | 77 |
| Średnio na aktywność: | 62.30 km i 4h 29m |
| Więcej statystyk | |
Dzień 15 - Vojno Selo
-
DST
14.48km
-
Czas
01:00
-
VAVG
14.48km/h
-
VMAX
35.15km/h
-
Temperatura
14.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dzisiaj ostatni dzień w Vojno Selo na campingu u Boki. 
Wstałam o godz. 8.00. Poranek był pochmurny i bardziej niż rześki. Zimnica!!! Śniadanie zjadłam w altanie, po czym zaszyłam się w śpiworze. Dopiero około godz. 13.00 pojechałam do Plav. W kawiarni skorzystałam w Wi-Fi, a w sklepie w tekstyliami kupiłam wełniane skarpety :)
A wieczorem Boka - właściciel campingu totalnie mnie zaskoczył. Przyniósł wypiek swojej mamy i świeże mleko. Pyszności. Podzieliłam się oczywiście z wyprawowym znajomym. Mieliśmy prawdziwą ucztę. Taki smaczny akcent na koniec dnia :)
Kategoria Albania 2025, wyprawy
Dzień 14 - Vojno Selo
-
DST
8.49km
-
Temperatura
15.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela. Zimno, pochmurno, deszczowo. Po obiedzie pojechałam do Plav. 
Kategoria Albania 2025, wyprawy
Dzień 13 - Vojno Selo
-
DST
18.20km
-
Czas
01:10
-
VAVG
15.60km/h
-
VMAX
36.34km/h
-
Temperatura
18.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Prognozy na najbliższe dni nie napawały optymizmem - ma się ochłodzić i padać. Na poprawę pogody można liczyć od wtorku 30 września. Dlatego z wyprawowym znajomym podjęliśmy decyzję, że zostajemy w Vojno Selo 3 dni - przeczekamy deszczową aurę, po czym ruszymy w powrotną drogę do Podgoricy, odwiedzając Dolinę Grebaje.
Wstałam o godz. 8.00 i od razu pogoniłam na zakupy do Plav. Po śniadaniu natomiast wspólnie z wyprawowym znajomym poszliśmy uregulować rachunek za kolejne trzy noce.
Na tej wyprawie tradycją stało się sąsiedztwo meczetu. Tym razem także nie mogło być inaczej.
Po godz. 13.00 wybrałam się na wycieczkę po okolicy. Jadę w kierunku Gusinie. Pogoda sprzyja. Nagle nad górami pojawiają się czarne chmury. Zaczyna padać. Wracam, jednak prognoza sprawdza się.

A wieczorem, po kolacji śpiewamy na dwa głosy hymn wyprawowy. Dzień dobiega końca...
Kategoria Albania 2025, wyprawy
Dzień 12 - Plav
-
DST
26.82km
-
Czas
03:40
-
VAVG
7.31km/h
-
VMAX
32.07km/h
-
Temperatura
26.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Po kolacji na bogato (fasola, pieczone/grillowane warzywa, pieczywo, piernik na deser) nie mogłam spać. Miałam zgagę gigant, a to wszystko przez łakomstwo, ale tak ładnie wyglądało i pysznie smakowało, że nie byłam w stanie się oprzeć :)
Obudziłam się około godz. 7.00, ale na śniadanie zeszłam dopiero przed godz. 9.00. Czekałam na wyprawowego znajomego.
Śniadanie było również na bogato (zupa mleczna, pieczywo, wędlina, domowe racuszki). Młoda gospodyni dba o gości :)
Po zniesieniu sakw czekała na mnie przykra niespodzianka. W tylnym kole nie było powietrza. Z pomocą przyszedł wyprawowy znajomy. 
I tak w dalszą drogę wyjechałam po godz. 11.00. Tradycji również tym razem stało się zadość. Dzisiaj chcę przekroczyć granicę przez Vranica Pass i dojechać do Plav w Montenegro :) 
Na przełęcz prowadziła szutrowa, kamienista droga. Cały czas w górę. Jechałam na rowerze niewielkie odcinki, a między nimi ćwiczyłam muskuły :) Już dawno tak się nie namęczyłam pchając rower :) I tak +-7 km. Z krótkim przerywnikiem na kawę w leśnym BAR KAFE :)
Droga na przełęcz również jest w remoncie. Trwają prace przy jej poszerzaniu i zabezpieczaniu przepustów.
Pogoda niestety nie napawa optymizmem. Nad górami zawisły ciemne chmury. Po południu prognozowane są opady deszczu.
Droga przed samą przełęczą jest szeroka i już utwardzona. Nie wykluczone, że została przygotowana pod asfalt.
Z wielką radością powitałam tablicę - Plav - 10 km :)
Zaczynam zjazd. Początkowo ścieżka prowadzi przez łąkę. Wjeżdżam do lasu. Robi się zimno. Droga jest masakryczna - ostro w dół, kamienie, korzenie, błoto, kałuże.
Schodzę z roweru. Lubię spacerować. To nie koniec atrakcji. Dwa razy pokonuję strumyk :) Zaczyna padać. Zakładam pelerynę. Na szczęście deszcz przechodzi w mżawkę. 
Z drogi gruntowej wyjeżdżam na asfalt. Przede mną Plav. Nareszcie. Do centrum dojeżdżam około godz. 16.00. Zmarzłam. Zatrzymuję się w kawiarni, zamawiam herbatę, a w piekarni obok kupuję francuskiego rogalika z wiśniami. Robi się pysznie. Przeglądam na Bookingu oferty noclegu. Wybór pada na nowość - domki campingowe u Boki w Vojno Selo - 6 km od centrum. Za nocleg płacę 10 euro - cena całkiem przystępna :) 
Dzień powoli dobiega końca...
Kategoria Albania 2025, wyprawy
Dzień 11 - Valbonë i Cerem
-
DST
29.35km
-
Czas
03:03
-
VAVG
9.62km/h
-
VMAX
44.30km/h
-
Temperatura
27.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Mój namiocik dobrze zniósł nocną ulewę. Obudziłam się o godz. 7.00, wyjrzałam z namiotu, z sąsiedniego dobiegało pochrapywanie. Jestem przecież na wakacjach, poleniuchuję jeszcze. Wstaję ciut przed godz. 8.00. Poranek jest bardzo pogodny. Niebo błękitne. Po wczorajszych ciemnych chmurach nie pozostał najmniejszy ślad.
Przed śniadaniem wybieram się na zwiedzanie okolicy. Nad obozowiskiem położone są ogrodzone łąki/pastwiska. Sąsiedztwo rzeki i szczyty na horyzoncie sprawiają, że miejsce jest urokliwe. Humor mi dopisuje. Podśpiewuję hymn wyprawowy. Kolega się przyłącza, śpiewamy na dwa głosy.
W dalszą drogę wyruszam w samo południe. 

Droga pnie się w górę. Łatwo nie jest, ale trud rekompensują widoki. Dobrze, że mam wiatr w plecy. Ruch jest duży. Mijają mnie samochody osobowe, busy, kampery. Dojeżdżam do rozjazdu na Cerem. Czekam na kolegę. Do Valbonë pozostało 11 km, a do Cerem 9 km. Wspólnie decydujemy, że jedziemy do Valbonë, po czym wrócimy i pojedziemy do Cerem. Nie pojechać stąd do Valbonë to jak być w Watykanie i nie widzieć papieża :)
Mijam stary młyn wodny. 
Zbliża się godz. 15.00. Ze zdziwieniem stwierdzam, że dojechałam do Valbonë. Dawniej kameralne i uśpione Valbonë, podobnie jak Theth, staje się dużym ośrodkiem turystyki górskiej. W wiosce znajdują się hotele, pensjonaty, campingi. Na trasie również mijałam hotele i campingi. Te okolice w sezonie odwiedza z pewnością wielu turystów. 





W Valbonë zatrzymuję się na obiad. Po godz. 16.00 wyruszam w drogę powrotną. Jadę w dół, jaka to przyjemna odmiana, praktycznie nie pedałuję, Scott sam pędzi. Dojeżdżam do rozjazdu i odbijam w drogę szutrową w kierunku Cerem. 
Trasa jest bardzo malownicza i widokowa, a przy tym bardzo wymagająca. Droga pnie się w górę. Jadę powoli. Pot dosłownie zalewa mi oczy. Co raz zatrzymuję się i czekam na kolegę. On prowadzi rower. 
Przed samym Cerem droga się jakby wypłaszcza, nareszcie jest spadek i można jechać w miarę normalnym tempem. Jest dużo kamieni. Zapada zmierzch, włączam lampkę. Marzę o tym, aby jak najszybciej dojechać. Dochodzi godz. 18.40 - do Cerem pozostały ostatnie 2 km.
W pobliżu drogi nie ma odpowiedniego miejsca na rozbicie namiotu. Będę musiała znaleźć nocleg pod dachem. Z oddali widać światła. Dojechałam.
Tablica informuje o Guest Housie Afrimi. Odbijam w tym kierunku. Agroturystykę prowadzi młode małżeństwo. Pomaga im kilkuletni synek :) Pokoje są skromnie urządzone, ale są czyste i zadbane. Łazienka mała, ale również bardzo czysta. Można skorzystać z Wi-Fi. Takie luksusy na końcu świata :) 
Za nocleg z kolacją i śniadaniem płacę 40 euro. Dzień dobiega końca...
Kategoria Albania 2025, wyprawy
Dzień 10 - Koman
-
DST
33.17km
-
Czas
03:00
-
VAVG
11.06km/h
-
VMAX
35.72km/h
-
Temperatura
26.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Noc minęła spokojnie. Po przebudzeniu czułam się dobrze. Siły i chęci do dalszej jazdy wróciły.
Wstałam o godz. 6.00. Śniadanie, składanie obozowiska i w drogę. Z campingu wyjeżdżam o godz. 7.50. Do przystani w wiosce Koman pozostały jedynie 2 km. Droga pnie się w górę. Spoglądam za siebie. Jeszcze niedawno tam byłam. 
Droga do przystani na niewielkim odcinku prowadzi przez tunel. 
Z tunelu wjeżdża się wprost na przystań. Coś takiego widzę po raz pierwszy. Bilet na prom kosztuje 20 euro od osoby (oraz rower). Na przystani nie ma kasy biletowej. Bilet kupuję bezpośrednio od mężczyzny nadzorującego wjazd samochodów na prom. Panuje duże zamieszanie. Wjeżdżają auta, tłoczą się piesi. Podchodzi do mnie jakiś gość z zeszytem w ręku, początkowo nie wiem o co mu chodzi. Tłumaczy mi, że za przejazd rowerem przez tunel mam zapłacić 2 euro, za dwa rowery. Nie myśląc daję mu żądaną kwotę. Gość odchodzi, a ja zostaję bez biletu/pokwitowania. Chyba zostałam naciągnięta na 2 euro :)
Zajmuję miejsce na górnym pokładzie. Zaraz wyruszę w rejs po Jeziorze Koman, do przystani w Fierzë.
Górny pokład okupują Francuzi - rozsiedli się na ławce po prawej stronie i Hiszpanie - ławka po lewej stronie, środek - trzech młodych Anglików, tylne miejsca stojące - para Polaków, trzy pary francuskie i my, a przód - nie wiem jakie narodowości :) Natomiast z dolnego pokładu dochodzi język niemiecki :)
Po godz. 9.00 prom wyrusza w rejs. Nareszcie.
Jezioro Koman to sztuczny zbiornik wodny, który powstał w wyniku budowy zapór na rzece Drin w latach 70 i 80 XX wieku. Ma długość około 35 kilometrów, a jego powierzchnia wynosi około 12 km². To jedna z głównych atrakcji turystycznych w Albanii. 
Jest pięknie. Woda ma niesamowity kolor – od turkusowego, przez brunatno-zielony, aż po błękitny. Rozglądam się z zaciekawieniem. Na wzgórzach rozrzucone są pojedyncze domy/chatki. Są też wioski z ośrodkami wypoczynkowymi i przystaniami. Niestety w wodzie, na wysokości zaludnionych wzgórz, pojawiają się śmieci, mnóstwo śmieci...
Rejs trwał około 2,5 godziny. Na przystani czekały już auta na prom. Wśród samochodów był kamper na szczecińskich tablicach. Nie mogłam się oprzeć i co powiedziałam - pozdrawiam Szczecin :)
Zatrzymuję się na colę w barze na przystani. Sprawdzam mapę. Dalej pojadę wzdłuż rzeki Valbonë - kierunek Valbonë.
Minęła godz. 12.00. Wyruszam w trasę. Jadę drogą SH22. W oddali majaczą szczyty, rzeka przyjemnie szmerze, jest cudownie. I jak tu nie śpiewać! Już nie nucę, nie podśpiewuję, tylko śpiewam na cały głos hymn wyprawowy - "Smak i zapach pomarańczy". Kolega został w tyle, nikt mnie nie słyszy, więc mogę sobie pozwolić na takie muzyczne ekstrawagancje :)
Dojeżdżam do miasta Bajram Curri. Zbliża się godz. 15.00. Na liczniku mam 19 km. Rozglądam się za jakąś "jadłodalnią", dobrze byłoby zjeść coś ciepłego i lekkostrawnego. Kolega odkrywa restaurację. To lokal typu bar mleczny. W środku schludnie i czysto, przed lokalem dużo zieleni, stoliki pod parasolkami. Pytam o menu, Pan kieruje mnie do kuchni, a tam pewnie jego żona pokazuje mi potrawy :) Wybieram gulasz warzywny i ryż. Dostaję jeszcze chleb, surówkę i dwa plastry sera. Pan nakrywa stół jednorazowym obrusem. Pięknie. Jedzenie przepyszne, obsługa na medal. W restauracji pomaga nastolatek, pewnie syn właścicieli, bardzo miły chłopiec. Jeśli jeszcze kiedykolwiek będę przejeżdżać przez Bajram Curri to z pewnością zatrzymam się w Restorante Man Lamnica. 
Za Bajram Curri tablica informuję, że do Valbonë pozostało 28 km. Dziś na pewno tam nie dojadę. Droga staje się bardzo widokowa. 
Mijam pasterzy goniących owce. Przed stadem biegają psy. Kto mnie zna to wie, że bardzo, ale to bardzo boję się psów. Schodzę z roweru. Idę powoli. Pasterze przywołują psy, a nawet jednego przytrzymują. Uff, skończyło się na strachu...
Robi się późno. Zaraz zacznie zmierzchać. Niebo ma niepokojąco ciemny kolor. Czyżby zbierało się na burzę?
Dojeżdżam do Dragobi. Miejscowi wskazują miejsce gdzie można rozbić biwak. Super miejscówka. Bardzo malowniczo położona - nad rzeką, pod drzewami, w sąsiedztwie meczetu. 
Rozbijam namiot. Słychać odgłosy nadchodzącej burzy... Około godz. 23.00 zaczyna padać. Pada i leje na zmianę. Niebo co raz rozświetlają błyskawice. Błyskawica i grzmot. Dobrze, że nocuję Dragobi. Burza na całego szaleje wysoko w górach, może w Valbonë.
Kategoria Albania 2025, wyprawy
Dzień 9 - camping Natura
-
Temperatura
30.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Po burzliwej nocy nie mam siły, aby jechać dalej. Trudno. Zostajemy dzień na campingu. Kolega się wczasuje, a ja... Bywało lepiej.



Kategoria Albania 2025, wyprawy
Dzień 8 - w drodze do Koman
-
DST
37.80km
-
Czas
03:34
-
VAVG
10.60km/h
-
VMAX
30.77km/h
-
Temperatura
30.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Biwakowałam w sąsiedztwie meczetu. Czy trzeba pisać coś jeszcze? Śpiewające wezwanie do modlitwy przez megafon na koniec i początek dnia, a do tego uwierał mnie kamień pod materacem, z którego schodziło powietrze. Noc i poranek pełne wrażeń :)
Wstaję o godz. 6.30, składam namiot, pakuję sakwy, czekam na wyprawowego kompana i dokładnie o godz. 7.50 ruszam w drogę. Śniadanie zjem na trasie.
Ruch na drodze jest duży. Samochód za samochodem, dzieci idące do szkoły. Budzi się dzień.
Zatrzymuję się przed marketem SPAR na przedmieściach miasteczka Vau i Dejës. Na śniadanie kupuję dżem wiśniowy i ciastka. Pozwalam sobie też na krakersy - będą na deser po obiedzie, albo na kolację. Jeszcze nie wiem, że noc po dzisiejszych posiłkach na trasie będzie brzemienna w skutkach :(
Za Vau i Dejës odbijam w drogę SH25. Dojadę nią do samego Koman. Nocleg planuję na campingu Natura, około 2 km od przystani.
Droga prowadzi wzdłuż rzeki Drini. Pnie się w górę. Zaczynają się serpentyny. Przejeżdżam tylko jedną agrafkę i tablica informuje o kierunku na Koman. Jestem na przełęczy. Widok jest niesamowicie obłędny. 
Dalej droga biegnie płaskim odcinkiem - trawersem zbocza porośniętego drzewami.
Im wyżej, tym mniej drzew. Teraz droga biegnie na otwartej przestrzeni. Zero cienia.
Zatrzymuję się na kawę w przydrożnym barze. Zamawiam również frytki. Nasycone tłuszczem frytki... A na deser cappuccino. Noc będzie brzemienna w skutkach, ale jeszcze o tym nie wiem. 
W asfaltowej nawierzchni pojawia się coraz więcej dziur i wyboi. Widoki są cudowne, ale droga coraz bardziej wymagająca. Asfalt przechodzi w szuter.

Na trasie do Koman prowadzone są roboty drogowe. 
Zatrzymuję się w barze na kolejną kawę. Czuję się coraz bardziej zmęczona. Do baru podjeżdża terenowe auto. Wysiadają z niego dwaj mężczyźni i jaki język słyszę?! Oczywiście - ojczysty :)
Droga staje się jeszcze bardziej wymagająca. To już nie tylko szuter, ale i kamienie. Nie mam siły na podjazdach, kamienie mnie bardzo blokują. A do tego straszliwy kurz po przejeździe ciężarówek. Bez skrępowania schodzę z roweru i "wzniesienia" pokonuję spacerkiem :) 
Zbliża się godz. 16.00. Dojeżdżam do mostu. Jest wjazd na camping. Uff, nareszcie. Kupuję colę i siadam przy stoliku. Muszę ciut odpocząć.
Rozbijam namiot, biorę prysznic i wracam do stolika. Zamiast normalnej kolacji jem kupione rano krakersy. Jestem zmęczona. Zaszywam się w śpiworze. Dzień dobiega końca...
Obudziłam się przed północą. Dopompowałam materacyk. Nie czuję się najlepiej. W żołądku mam kamień, mdli mnie. Okropność. Wyjmuję z sakwy puszkę ze słodkim napojem gazowany. Piję kilka łyków. Jest jeszcze gorzej. Proszę wyprawowego kompana o zagotowanie wody. Parzę miętę... I się zaczęło... Nie wiem czym się zatrułam, ciastkami, frytkami, czy krakersami. Kolega dzielnie mnie ratuje, gotuje wodę na kolejną herbatą, podaje leki. Jestem mu bardzo wdzięczna za pomoc. Zaczyna świtać. Jestem wykończona. Wracam do namiotu... Może już będzie lepiej...
Kategoria Albania 2025, wyprawy
Dzień 7 - Ura e Mesit i Shkodër
-
DST
44.14km
-
Czas
03:37
-
VAVG
12.20km/h
-
VMAX
36.77km/h
-
Temperatura
28.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Noc była ciepła. Tym razem zdjęłam jedną warstwę cebulki - bluzę z polaru. Oczywiście materacyk nie pozwolił o sobie zapomnieć :)
Wstałam przed godziną 7.00. Przywitał mnie pogodny poranek. Dzień zaczęłam od gimnastyki i śniadania na bogato. Ugotowałam zupę z torebki i zrobiłam kanapki z pasztetem podlaskim. Do tego oczywiście herbata :)
Dziś chcę dojechać do Szkodry, a wcześniej zachwycić się kamiennym mostem na rzece Kir.
Pakuję sakwy i korzystając z panującego porannego rozgardiaszu w biwakowej części wyprawowego kompana, rozsiadam się na kamieniu z garminem w dłoniach. Wyznaczam trasę do mostu. Dziś pojadę za garminem. Zgodnie z jego wskazaniami do Ura e Mesit jest tylko 18 km. 
W trasę wyruszam ciut przed godz. 10.00. Droga jest urokliwa, ale coraz bardziej kamienista. 
To już nie kamienie tylko kamieniory!
Mijam Gjorm. W oddali widać Jezioro Szkoderskie. 
Dojeżdżam do Mëshqerrë. To duża wioska. Domy są murowane i okazałe, a posesje otoczone ogrodzeniami i szczelnie zamknięte bramami.
Zatrzymuję się, aby zrobić fotkę. Do ogrodzenia podchodzi starsza kobieta i pyta pokazując na migi, czy chcę się napić. Z nieba leje się żar. Kobieta zaprasza mnie do siebie. Posesja z małym domem wygląda bajkowo. Trawa przed domem, zadaszony taras, szpaler winorośli. Rozrzewnia mnie gościnność starszej pani, gdy częstuje mnie słodyczami, winogronem i słodkim napojem z puszki. Zwykły ludzki, serdeczny gest, a wzbudza tyle ciepłych emocji. Dołącza do nas jej mąż. Kobieta tłumaczy, że był on poważnie ranny w czasie wojny i pokazuje blizny na głowie.
Na drogę dostaję kilka dorodnych kiści winogron.

Droga szutrowa przechodzi w asfalt. Mijam Ktosh, Gruemirë, Rrash, Dragoc, Boks. 

Jestem na miejscu. Zbliża się godz. 13.00. Dojechałam do miejscowości Mes i mostu na rzece Kir.
Kamienny most w miejscowości Mes to stara, turecka przeprawa przez rzekę Kir. Jest to jeden z najlepiej zachowanych na całych Bałkanach obiekt inżynieryjnej architektury osmańskiej. Konstrukcja wąska, lekka, z wielkim łukiem pośrodku. Posiada 108 metrów długości, na które składa się 16 łuków. Most wybudowano w 1769 r. na polecenie lokalnego paszy, Kara Mahmuda Bushati. Był przeprawą na ważnym szlaku handlowym do Prisztiny, przetrwał wszystkie wojny, okupacje i najazdy.
Most robi wrażenie. Zatrzymuję się tu dłuższą chwilę. 
W Mes jem obiad, po czym jadę do Szkodry. Szkodra to największy ośrodek gospodarczy i kulturalny w północnej części Albanii.
Jadę główną drogą przez Hot i Ri. Ruch jest duży. Wjeżdżam do centrum. Deptak, parasole, dużo ludzi siedzących przy stolikach. Jest jakby wielkomiejsko :)
I ciekawostka. Sztuczne drzewa na deptaku!

Ze Szkodry wyjeżdżam drogą SH5. Kierunek - Jezioro Koman. Mijam całkiem duże miasteczka Renc, Guri i Zi, Juban, Ganjollë. Robi się późno, zaraz będzie zmierzchać. Miejscowość za miejscowością. Nie ma warunków do biwakowania "na dziko". Wjeżdżam do miasta Mjedë. Zauważam reklamę hotelu Hasmegaj. Niestety nie ma wolnych pokoi, ale mogę się rozbić na trawniku za hotelem za jedyne 5 euro i skorzystać z sanitariatu w budynku. Dobre i to.
Zaczyna zmierzchać, gdy kończę rozkładanie namiotu. Dzień dobiega końca...
Kategoria Albania 2025, wyprawy
Dzień 6 - Gjorm
-
DST
45.94km
-
Czas
02:35
-
VAVG
17.78km/h
-
VMAX
48.57km/h
-
Temperatura
29.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Nie mogłam usnąć. Gdy obudziłam się po raz pierwszy na wezwanie materacyka, założyłam puchówkę. Noc była bardzo zimna. Wstałam po godz. 7.00. Na zewnątrz była straszna wilgoć. Namiot wręcz ociekał wodą. Zaparzyłam herbatę i zrobiłam kanapki z paprykarzem. Czekam na pierwsze promienie słońca. Pojawiły się około godz. 9.00. Namiot wysechł w oka mgnieniu. Powoli zwijałam biwak. Przede mną kolejny cel wyprawy - Jezioro Koman. W wakacyjnym tempie powinnam tam dotrzeć za dwa dni.
Młody biznesmen wywiązał się z umowy. Na parkingu czekało auto. Kierowcą był ojciec chrzestny przedsiębiorczego młodzieńca :)
Droga na przełęcz zajęła około 40 minut. Cóż to była za jazda!!! Nie przypuszczałam, że na serpentynach udaje się wyprzedzać inne auta. Kierowca prowadził niesamowicie. Podobno jeździ tą drogą 30 lat i zna ją na pamięć. Mimo to nie chciałabym przeżyć ponownie takich ekstremalnych emocji.
A na przełęczy - kramik z miodem. Pewnie to stała miejscówka starszego sprzedawcy. Jadąc do Theth spotkałam tu Polaków podróżujących autem, a teraz - dwóch rodaków jadących do Theth na motocyklach. Jaki ten świat mały.
Ledwo zaczęłam zjeżdżać, a już minęłam luksusowy hotel i wioskę Bogë. Droga cały czas wiedzie w dół. Za Bogë zatrzymuję się w przydrożnej restauracji na obiad.
Mijam znane miejsca - wioskę Dedaj i skrzyżowanie z drogą prowadzącą do Zagorë. Z drogi SH21 zjeżdżam w drogę prowadzącą do osady Rec. Na początkowym odcinku droga jest asfaltowa. Po jej obu stronach znajdują się pola, a może raczej ugory, bo co można uprawiać na ziemi usianej kamieniami. 

Dojeżdżam do jakiejś osady. Nie ma tablicy informacyjnej. Nawet nie wiem, że właśnie przejeżdżam przez Rec. Kończy się asfalt. Droga przechodzi w szuter. Sprawdzam na mapie gdzie jestem. Dojechałam do Dukë. Kolejną większą osadą jest Gjorm.
Za Dukë rozciągają się bezdroża i góry aż po horyzont. Jest pięknie!
Zbliża się godz. 18.00. Zaczynam rozglądać się za miejscem na biwak. Droga staje się coraz bardziej kamienista. Pobocza też są kamieniste, pofalowane i porośnięte krzewami. Do Gjorm raczej nie dojadę przed zmierzchem.
Jest miejsce na biwak! Za prowizoryczną "bramą" - stosem gałęzi znajduje się wejście na łąkę położoną poniżej drogi. Gramolę się ze Scottem przez te gałęzie. Miejscówka jest idealna. 
Rozbijam namiot. Kończy się kolejny dzień...
Kategoria Albania 2025, wyprawy






