Kuszące słońce
-
DST
24.44km
-
Czas
01:00
-
VAVG
24.44km/h
-
VMAX
30.00km/h
-
Temperatura
18.0°C
-
Aktywność Jazda na rowerze
Kusiło, kusiło i ... mimo innych planów na dzisiejszy dzień wyrwałam się na godzinne szaleństwo rowerowe :)
Było warto!
Kategoria Po pracy
Pod wiatr
-
DST
72.10km
-
Czas
03:16
-
VAVG
22.07km/h
-
VMAX
34.00km/h
-
Temperatura
13.0°C
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dawno nie byłam na rowerze. Dziś się udało. Tym razem nie walczyłam o średnią, czy maksymalną prędkość. Chciałam nacieszyć się roweroweniem. Nawet wiatr w twarz mi nie przeszkadzał. Ostatnio mam tak mało czasu ...
A prędkość maksymalna jest zasługą dwóch małych "spowalniaczy", które znienacka wybiegły z posesji :)
Kategoria Po pracy
Ponownie z Młodym :)))
-
DST
93.20km
-
Czas
03:43
-
VAVG
25.08km/h
-
VMAX
37.00km/h
-
Temperatura
16.0°C
-
Aktywność Jazda na rowerze
Z Młodego zrobił się Nocny Marek. Ja wracam z roweru a On wychodzi na rower :(
A dziś się udało - pojechaliśmy razem :) Prawie mnie skomplementował. Powiedział: "Dobrze dajesz i dodał... jak na ciebie" I czar prysł :)
Było jednak świetnie, jak zawsze z Młodym :)
Kategoria Po pracy
Szukając babiego lata c.d.
-
DST
55.08km
-
Czas
02:20
-
VAVG
23.61km/h
-
VMAX
34.00km/h
-
Aktywność Jazda na rowerze
Udało się :)
Jedna cieniutka niteczka babiego lata przemknęła przed moim rowerem :)
Kategoria Po pracy
Szukając babiego lata
-
DST
54.84km
-
Czas
02:24
-
VAVG
22.85km/h
-
VMAX
32.00km/h
-
Aktywność Jazda na rowerze
Niestety nie znalazłam...
Zimno i szaroburo. Jesień. Pogoda nie prowokowała do jazdy na rowerze, ale co tam. Założyłam rowerową kurtkę, czapkę z polaru, pełne rękawiczki, spodnie 3/4 i jazda! To był mój pierwszy raz od powrotu z wyprawy :)
Nie poznawałam swego rowerka, jakiś lekki i jakiś mało stabilny bez sakw . Oj, coś mi się wydaje, że mój Scott, podobnie jak ja, już tęskni za górami, przełęczami i sakwami z mielonką w puszce :)
Do domu wróciłam zziębnięta, ale z mocnym postanowieniem - w piątek też jadę :)
Kategoria Po pracy
W domu
-
Aktywność Jazda na rowerze
Moja podróż dobiegła końca. Jak było? Nie sposób tego opisać słowami. To była wyjątkowa wyprawa. Piękne widoki - przełęcze, jeziora, urokliwe miasteczka. Jakbym przeniosła się do innego wymiaru - czas przestał istnieć, nie pamiętałam jaki jest dzień tygodnia. Liczyło się tylko rowerowanie. Dowiedziałam się, że potrzeba tak niewiele, aby się uśmiechnąć, być zadowoloną, że prozaiczne czynności - prysznic z worka, umycie twarzy w zimnej wodzie przy studni, mogą sprawić, że do szczęścia nic więcej nie trzeba.
Spotkałam dwóch "rowerowych szaleńców" podobnych do mnie - milionera z Wrocławia w Bergamo i tajemniczego sakwiarza na passo Rombo. Przekonałam się, że inni ludzie są zupełnie normalni, nie dzwonią od razu po carabinieri, gdy zauważą namiot rozbity za tablicą zakaz campingu. Byłam zaskoczona ciepłymi gestami mijanych przechodniów, rowerzystów, kierowców - pozdrawiali, dopingowali, uśmiechali się...
Już wiem jak spędzę kolejny i kolejny i... urlop :)
Powrót c.d. - Niemcy i trochę Polski
-
DST
55.64km
-
Czas
03:07
-
VAVG
17.85km/h
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dotarłam na dworzec. Stąd pociągiem przez Niemcy prawie do granic Polski. Ostatnie 40 i trochę kilometrów do Polski pokonałam rowerem w środku nocy... Jeszcze kilka godzin na dworcu, pociąg relacji Lublin i byłam prawie w domu :)
Kategoria wyprawy, Jeziora alpejskie 2013
Powrót do domu - Austria
-
DST
84.46km
-
Czas
04:42
-
VAVG
17.97km/h
-
Aktywność Jazda na rowerze
Droga do granicy biegła malowniczą doliną....
Było też 9 km pod górę przed granicą z Niemcami. Pogoda dopisywała - bezchmurne niebo, słońce, aż żal, że to ostatnie kilometry wyprawy...
Kategoria wyprawy, Jeziora alpejskie 2013
Żółte sakwy na Passo Rombo
-
DST
82.38km
-
Czas
07:06
-
VAVG
11.60km/h
-
Aktywność Jazda na rowerze
Nie mogłam w nocy spać. Wstałam, pospacerowałam po sadzie. Noc była piękna - bezchmurne niebo, księżyc, gwiazdy, jak marzenie... Wyjątkowo nie leniuchowałam w śpiworze. Pobudka o godz. 7.00, a o godz. 8.00 byłam już na trasie. To mój ostatni dzień we Włoszech. Zamierzałam wjechać do Austrii pokonując przełęcz Rombo - honorną przełęcz - 2509 m n.p.m.
Za Merano tablica informacyjna wskazywała, że mam do pokonania 51 km. Powiedziałam sobie, że na przełęczy muszę być najpóźniej o godz. 17.00, w innym razie czeka mnie nocleg wysoko w górach. Brrryyy....
Pierwszych kilkanaście kilometrów było lajtowych, prawie po płaskim.
Właściwy podjazd zaczął się około 33 km przed przełęczą. Droga była urokliwa. Widoki niesamowite.
Mijałam malownicze miejscowości oraz pojedyncze domy rozrzucone w dolinie.
Ruch na drodze był duży. Co chwila wyprzedzały mnie auta na niemieckich lub austriackich numerach rejestracyjnych. W kierunku przełęczy jeździł także autobus kursowy. Jako ciekawostkę wspomnę, że przełęcz jest "czynna" tylko do godz. 20.00, lub 22.00 - dokładnie nie pamiętam ;)
Widoki stawały się coraz bardziej malownicze, a trasa coraz bardziej wymagająca.
Miałam jeden cel - dojechać na przełęcz do godz. 17.00. Odpoczynki skracałam do niezbędnego minimum i wydłużałam odcinki między postojami. Pobiłam swój dotychczasowy rekord. Przejechałam bez zatrzymywania się 7 km! Jadąc po płaski taki rezultat to nic, ale jadąc pod górę z sakwami to już jest COŚ!
Na około 10 kilometrze przed przełęczą zaczęły się serpentyny. Piękne. Ale trzeba się było napracować :)
Po pokonaniu serpentyn podjazd stawał się bardziej stromy.
Wjechałam na drugą stronę zbocza. Zmienił się wiatr. Wiał w twarz. Byłam na poziomie wierzchołków szczytów. Niesamowite uczucie!
Droga na przełęcz prowadziła przez 18 tuneli.
Wjeżdżając do ostatniego tunelu włączyłam lampki. Drogę oświetlały jedynie odblaski na całej długości skrajnych jej krawędzi. Tunel ciągnął się bez końca...
Poczułam ulgę gdy ponownie zobaczyłam niebo nad sobą. Byłam coraz wyżej. Wiatr się wzmagał. Zrobiło się strasznie zimno. Zatrzymałam się przed przełęczą. Założyłam wszystkie ciepłe rzeczy - kurtkę rowerową, polar, kurtkę przeciwdeszczową, spodnie przeciwdeszczowe, ciepłą czapkę z polaru i długie rękawiczki.
Dojechałam! Była za kwadrans siedemnasta!
Ustawiłam rower pod tablicą z danymi przełęczy. Zaczęłam ustawiać aparat do zdjęcia... Palce zdrętwiały mi z zimna... Już miałam zrezygnować z fotki, gdy dostrzegłam nadjeżdżającego sakwiarza. Miał piękne żółte sakwy. Jadąc na przełęcz minęłam parę sakwiarzy zjeżdżających w dół. Byłam pewna, że oni i ja jesteśmy jedynymi sakwiarzami zdobywającymi dziś passo Rombo.
Sakwiarz podjechał bliżej. Pozdrowiliśmy się gestem dłoni, po czym on wskazując na mój aparat zapytał po polsku, czy mi pomóc. Jaki ten świat mały! W Bergamo natknęłam się na rodaków, w tym sakwiarza, ale to co innego - urocze miasto, mnóstwo turystów, ale TU!
On też był zaskoczony - nie spodziewał się TU spotkać rodaczki. Postawił swój rower obok mego i ... mam fajne zdjęcie z dwoma rowerami :)
Pożegnaliśmy się życząc sobie powodzenia.
Zjeżdżając przez moment widziałam przed sobą żółte sakwy...
Zjechałam kilka kilometrów i zaczął się podjazd... Ta przełęcz jest wyjątkowa. Podjazd nie był bardzo długi, ale na tyle długi, że musiałam zdjąć część rzeczy. Mimo przeszywającego wiatru było mi za ciepło. Dojechałam do punktu poboru opłat, rowerzyści byli zwolnieni, i zaczął się ponownie zjazd. Taki prawdziwy!
Byłam w Austrii. Zmęczenie dało o sobie znać. Nie szukałam miejsca na nocleg na dziko. Postanowiłam, że tę noc spędzę, jak rowerowy burżuj - na campingu. Przecież jestem na wakacjach :)
Kategoria wyprawy, Jeziora alpejskie 2013
Jabłka, jabłka... aż po Merano
-
DST
63.38km
-
Czas
05:02
-
VAVG
12.59km/h
-
Aktywność Jazda na rowerze
Obudziłam się z małym bólem głowy i jabłkami przed oczyma :)
Pewnie zaszkodziło mi spaghetti :) Tym razem nie spieszyłam się ze zwijaniem obozowiska. Namiot sechł na słońcu, a ja sprawdzałam nowy patent - pranie w worku. Polecam i podaję instrukcję użycia pralki wyprawowej: rzeczy włożyć do worka, wlać wodę, wsypać proszek lub wlać płyn, zamknąć worek, po czym potrząsać i ugniatać. Worek założyć na rower, aby w trakcie jazdy jeszcze doprało. Płukać w rzece lub jeziorze :)
Wyjątkowo zjadłam na miejscu śniadanie i przez to tak się ociągałam, że wyjechałam koło południa.
Jak okiem sięgnąć sady i sady i sady... i droga bardzo w górę.
Jadąc minęłam zamek.
Droga wiodła cały czas w górę. Podjazd był bardzo męczący. Dojechałam do Coredo. Uzupełniłam zapas wody i... wspomnienia ożyły. Wybrałam trasę pieszą chcąc skrócić czas dojazdu do miasteczka Sanzeno. Były sady, las, krzaczory i schody.
Typowa trasa piesza. Wielką zaletą tej trasy było znalezienie w lesie strumyka, w którym wypłukałam pranie :) Moje sakwy przyozdobione bluzką, spodenkami i czymś jeszcze wyglądały urokliwie :)
Z Sanzeno cały czas jechałam w górę w kierunku przełęczy Palade. Podjazd był męczący, choć wydawał się być łagodny. Przełęcz nie jest honorna, ma zaledwie 1518 m n.p.m.
Trochę zmęczona dojechałam na szczyt. Robiło się późno. Zjeżdżając zatrzymałam się aby choć przez chwilę móc podziwiać dolinę i szczyty.
Zjazd ciągnął się na odcinku 15 km. Zjechałam do Merano. Zmierzchało. Jadąc za znakami szukałam campingu. Niestety oznaczenia były takie niedokładne, że nie udało mi się...
Namiot rozbiłam na obrzeżach miasta, w sadzie obok starej szopy.
Kategoria wyprawy, Jeziora alpejskie 2013






