Dolina Dunaju - prolog
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
W sobotę 1 września o godz. 6.00 z Lotniska Chopina w Warszawie odleciał samolot, który miał zabrać naszą ekipę na wyprawę do Iranu ze startem w Tibilisi i metą w Teheranie. Koledzy odlecieli, a ja zostałam. Powtórzyła się historia sprzed roku kiedy to stan zdrowia uniemożliwił mi wyjazd do Armenii. Wówczas na pocieszenie była Kuba w styczniu. A teraz...
Sobota była straszna. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Snułam się po domu jak cień. Potem było jeszcze gorzej. Krzyś napisał z Tibilisi. Zostali na noc w hostelu u Iriny, kupili bilety na pociąg do Erewania - wyprawa przebiegała zgodnie z planem. We wtorek przysłał zdjęcia z trasy. Byli w Armenii. Oglądałam zdjęcia i ciesząc się, że u nich wszystko jest ok pochlipywałam. Czułam jak życie toczy się gdzieś obok według własnego scenariusza, a ja jestem biernym widzem i nie mam wpływu na jego treść. Nie pomogła nawet wizja trzydniowej wycieczki z Arkiem i wycieczki wzdłuż Dunaju zaproponowana przez Roberta. Użalałam się nad sobą myśląc jakiego to mam pecha.
W czwartek 6 września zadzwonił Robert. Pytał, czy zdecydowałam się na wycieczkę doliną Dunaju z jego kolegą i znajomą. Nie, nie jadę, to nie dla mnie, nie czuję się na siłach - żałosnym głosem odpowiedziałam na jego pytanie. Zachęcał mówiąc, że może być fajnie, że to lepsze od spędzenia urlopu w domu, że wyprawa do Iranu nie wyszła, ale wycieczka może się udać. Nie chciałam już nic tłumaczyć i ucięłam rozmowę krótkim "jeszcze pomyślę". Zresztą, o czym mam myśleć skoro dzień wcześniej zakomunikowałam swoim ewentualnym kompanom, że nie jadę. A może... Tylko czy zwyczajna dolina Dunaju może osuszyć łzy po egzotycznym Iranie? Ważę w myślach plusy i minusy wyjazdu - może być wielką porażką, a może być pozytywnym zaskoczeniem. Co tam, zaryzykuję. Jadę! Decyzja podjęta. Zadzwoniłam z informacją do Hani - kierowniczki wycieczki. Jeszcze tego samego dnia rezerwuję nocleg w hostelu (12,93 euro) i kupuję bilet do Budapesztu w promocyjnej cenie za 19 euro i powrotny za 29 euro. Stało się! Bilety kupione!
Do wyjazdu pozostało 10 dni. Przed wyjazdem na wizycie kontrolnej pytam swego lekarza, czy nie widzi przeciwwskazań, odpowiada, że nie, ale po powrocie mam się u niego pokazać na kolejnej wizycie.
Przygotowuję się do drogi. Hania planuje zakończenie wycieczki w Konstancji w Rumunii i stąd powrót do Budapesztu. Kupuję mapy Węgier, Chorwacji, Serbii i Rumunii oraz pokrowiec na rower. Po raz pierwszy będę przewozić rower w pokrowcu jako bagaż, ponieważ w pociągu nie ma możliwości przewożenia roweru jako roweru. Z pomocą Roberta i Darka wgrywam mapę Europy do Garmina i zgłębiam jego obsługę. Dotychczas jedynie rysowałam trasy na mapie i wgrywałam je do Garmina. Teraz zamierzam wykorzystać pełniej jego możliwości nawigowania w trasie. Szukam w internecie informacji o miejscach, które odwiedzimy, co warto zobaczyć, gdzie warto zatrzymać się na dłużej. Jakiż wielki uśmiech pojawił mi się na twarzy gdy obejrzałam zdjęcia z Żelaznych Wrot Dunaju. Oczy mi się zaświeciły. Kreślę na mapie orientacyjną trasę. Tylko czy my dojedziemy do przełomu Dunaju? Czas pokaże, do wyjazdu pozostał jeden dzień!
Kategoria Dolina Dunaju 2018
Rzeka życia
-
DST
53.85km
-
Czas
02:03
-
VAVG
26.27km/h
-
VMAX
34.08km/h
-
Temperatura
19.0°C
-
Sprzęt Specialized
-
Aktywność Jazda na rowerze
W piątek rozpoczęłam proces rekonwalescencji. Nareszcie. Wczoraj nie udało mi się wyjść na rower, ale dzisiaj było moje - rowerowe. Wybrałam Speca. Biedaczysko po czterech miesiącach leżakowania pokrył się kurzem. Ciekawe czy tęsknił za ganianiem po wojewódzkiej, za treningowymi setkami, za leśną ścieżką, za mną :) Dzisiaj nie pojechałam na leśną ścieżkę. Z rozmysłem wybrałam ruchliwe drogi 814 i 63. Chciałam poczuć, że wokół mnie toczy się życie, chciałam być w środku rozpędzonej kuli. Dzisiaj nie robiłam zawrotko/nawrotek. Zatoczyłam koło. Nie chciałam się cofać, jechałam przed siebie, patrzyłam na nowe miejsca, zanurzyłam się w rwącej rzece życia i poczułam, że wszystko mija, nawet to złe, jak moja dzisiejsza trasa. Ot tak, dzisiaj ciut filozoficznie :)
Odzyskać radość
-
DST
68.00km
-
Temperatura
25.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
W sobotę umówiłam się z koleżanką na wspólne rowerowanie. Może to będzie pierwszy mały krok do odzyskania radości. Może...
Przed sobotą wyszłam ze szpitala, a w sobotę odleciał samolot, który miał mnie zabrać na wakacyjną wyprawę do Iranu. Po zabiegu nadzieja na wyjazd odżyła, a gdy doszło do powikłań - umarła. To nie prawda, że co nie zabije to wzmocni. Moja dolegliwość nauczyła mnie jeszcze większej pokory, oduczyła planowania i odebrała pewność siebie. Nic to, najważniejsze, że już po wszystkim. Może tym razem do czasu, gdy dolegliwość powróci zdążę o niej zapomnieć :)
Niedzielny poranek zwiastował pogodny dzień. Umówiłyśmy się na godz. 14.00. Wprawdzie to miał być tylko spacer, ale dla mnie miał stanowić namiastkę wyprawy. Założyłam wyprawowy zegarek i koszulę w kratę - prezent od Adama, z którym podróżowałam po Kubie. Może zegarek i koszula będą talizmanem, który pomoże mi odzyskać radość.
Zaproponowałam wyjazd na ścieżkę edukacyjną "Bobrówka". To urokliwe miejsce w Lasach Parczewskich. Byłam tam dwa lata temu ze swoimi znajomymi emerytami.
Do "Bobrówki" jedziemy moją ulubioną leśną ścieżką. Mimo niedzieli na ścieżce są pustki. Mijamy nielicznych rowerzystów. W wiacie nieopodal Jeziora Obradowskiego rozgościła się rodzina. Palą ognisko, pieką kiełbaski, dzieciaki mają wielką radość.
Kładką dojeżdżamy do Jeziora Obradowskiego. 
Na chwilę zatrzymujemy się na pomoście. Nie jesteśmy same. Dojechali dwaj młodzi rowerzyści. Proszę jednego z nich, aby zrobił nam zdjęcie.
Kładką wracamy do ścieżki. Jadąc rozglądam się. Zauważam pierwsze oznaki jesieni. Zieleń nie jest już tak intensywna, trawy zaczynają usychać, kwitną wrzosy.
Do "Bobrówki" jedziemy Traktem Królewskim. Jest to historyczna droga, która łączyła Kraków z Wilnem. Wielokrotnie podróżował nią Władysław Jagiełło. Na niewielkim odcinku zachowały się resztki asfaltu i betonowej nawierzchni. Dalej droga jest bardzo piaszczysta.
Podziwiam Tereskę. Świetnie sobie radzi z piaszczystym podłożem, choć jej rower to typowy mieszczuch na wąskich oponach.
Dojeżdżamy do "Bobrówki". Na poboczach drogi stoją auta, nad rzeką siedzą wędkarze, inni spacerują.
Tereska nie decyduje się na bobrówkową pętelkę. Jadę sama. Ścieżka prowadzi drewnianą kładką, która przechodzi w leśną dróżkę i tak na zmianę. 
Mijają mnie rowerzyści. Jeden ogląda się, uśmiecha i mówi "dzień dobry!". Odpowiadam na pozdrowienie. Czy ja go znam? Nie mam pamięci do twarzy.
Jadę dalej.
Na trasie znajdują się pomosty widokowe, tablice edukacyjne. 


W połowie trasy znajduję się wiata z miejscem na ognisko. 
Jest pięknie, cicho spokojnie, aż żal opuszczać to miejsce.
Wracamy Traktem Królewskim. Dojeżdżamy do końca pierwszego odcinka leśnej ścieżki i wracamy do domu.
Przez ostatnie miesiące, gdy z trudem przychodziła mi jazda na rowerze tęskniłam za tym swoim "ganianiem", a teraz... Wierzę, że odzyskam radość z pedałowania, że ona powróci i że najpiekniejsze wyprawy wciąż są przed mną.
2018-08-07
-
DST
50.00km
-
Temperatura
27.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Podobno ruch to zdrowie, więc pomalutku spacerujemy ze Scottusiem :)
2018-08-05
-
DST
70.00km
-
Temperatura
25.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dwa wcześniejsze sierpniowe wpisy nie są zwiastunem mego powrotu do codzienności. U mnie wciąż pod górkę, ale w oddali majaczy się już wierzchołek. Ale, co tam :) Dzisiaj dojechałam do leśnej ścieżki! 
Jeździmy ze Scottusiem w trybie mniej/więcej, czyli bez licznika. Na pamięć znam dystanse swoich przydomowych kółeczek. Kiedy to ja je poznawałam :)
2018-08-03
-
DST
37.00km
-
Temperatura
28.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
2018-08-01
-
DST
25.00km
-
Temperatura
27.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Krople deszczu
-
DST
33.00km
-
Temperatura
10.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Moja koleżanka ma dar przekonywania. Zadzwoniła z pytaniem: Jedziemy? A deszcz? - odpowiedziałam. Tobie przeszkadza deszcz?! - nie wierzyła. Tak, dawniej deszcz mi nie przeszkadzał... Zanim wyjechałam zadzwonił brat: Ty na rower!!!.... i się nasłuchałam. Mimo wszystko pojechałam, ot takie nic, a jednak coś. Rozdzieliłyśmy się. Ona pojechała na moją ulubioną leśną ścieżkę, a ja wróciłam do domu. Ona zmokła, a ja patrzyłam na krople deszczu uderzające o szyby mego domu...
Siostry i ja
-
DST
15.00km
-
Temperatura
23.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Ta wiosna jest dla mnie wyjątkowa i to nie tylko rowerowo. Plany - maratony, wycieczki - wszystko się rozwiało. Znowu upomniała się o mnie dolegliwość. Ale, czy narzekam? Nie, oczywiście, że nie. Dzięki niej przypominam sobie dawno nie kosztowane smaki życia. Często zachowujemy się jak nieśmiertelni bogowie - to inni chorują, umieraj, ale nie my, czas ucieka i żadna chwila się nie powtórzy, ale nie w naszym przypadku - wciąż wszystko przed nami, bo przecież jesteśmy bogami. I przychodzi wiosna... Jednak nie jesteśmy nieśmiertelnymi bogami. Inny zegar zaczyna odmierzać nam czas. Czekamy, a czekając przypominamy sobie zapomniane smaki życia. Ja przypomniałam sobie dzisiaj smak dzieciństwa. Odwiedziła nas siostra Mamy - moja ukochana Ciocia. Odprowadziłyśmy ją z Mamą do domu. Jechałyśmy rowerami - Siostry i ja. Czułam się jak dawno temu gdy czekałam na powrót Mamy z pracy, jak patrząc na Nią myślałam - jaka moja Mama jest piękna, jak przekomarzałam się z wujkiem mówiąc, że nie oddam mu Cioci. Przestało być ważne gdzie jadę, ile przejadę, ważne było tylko to, że jechałam z Nimi, że rozmawiałyśmy, żartowałyśmy, że byłyśmy razem - Siostry i ja :) 

Do pierwszego ronda
-
DST
25.00km
-
Temperatura
22.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Jak to mówią - co nas nie zabije, to nas wzmocni. Nie koniecznie jest to zgodne z prawdą, bo wczorajsze szaleństwo rowerowe wprawdzie mnie nie zabiło, ale i nie wzmocniło :) Choć... Nie powinnam, ale dzisiaj także wybrałam się na rower. Moje mini spacery prowadzą jedną trasą - jadę do pierwszego ronda na nowiutkiej 814 :)






