Basik prowadzi tutaj blog rowerowy

Wpisy archiwalne w kategorii

Rekordy

Dystans całkowity:6936.76 km (w terenie 9.00 km; 0.13%)
Czas w ruchu:291:39
Średnia prędkość:23.78 km/h
Maksymalna prędkość:61.12 km/h
Liczba aktywności:21
Średnio na aktywność:330.32 km i 13h 53m
Więcej statystyk

Wielka Bieszczadzka-część 2

  • DST 341.05km
  • Czas 13:58
  • VAVG 24.42km/h
  • VMAX 54.26km/h
  • Temperatura 24.0°C
  • Sprzęt Specialized
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 29 lipca 2017 | dodano: 30.07.2017
Uczestnicy

Paweł nastawił budzik. Czyżby nie miał do mnie zaufania? Wstajemy o godz. 5.00, a o godz. 6.00 wyjeżdżamy. Podobno mamy do pokonania 310 km.
Po nocnej zlewie poranek jest pochmurny, nad górami unoszą się mgły. Pierwsze kilometry mamy z górki. Jedziemy do Cisnej, a stąd dalej w kierunku Leska.

Przed Cisną zatrzymujemy się na kawę w hotelu, którego nazwy nie zapamiętuję. Kuchnia jest już czynna. Pani przygotowuje nam kawę. Dobra z niej kobieta, ulitowała się nad zaspanymi rowerzystami :)
W Cisnej odbijamy w kierunku Leska. Nie wiem, czy to kawa tak nas orzeźwiła, czy to zasługa bieszczadzkiego powietrza, że jedzie się nam świetnie. Wiatru prawie nie czuję. Za Cisną droga zaczyna się wić w górę. Jest pięknie. Las i kręta droga. Nawet nie wiem kiedy dojeżdżamy do Baligrodu. Paweł zatrzymuje się w sklepie po picie, a ja jadę powoli dalej. Za moment jedziemy razem. Dostajemy mega przyspieszenia. Do Leska gonimy z prędkością 30 km i więcej, sporadycznie prędkość spada poniżej 30 km/h. Nie czuję wiatru, albo jest nam sprzyjający. Gonię licząc na krótki fotkowy postój w Lesku. Jednak nie wjeżdżamy do miasta. Na rogatkach odbijamy w kierunku Sanoka. Paweł bardzo fajnie poprowadził trasę do Sanoka. Zjeżdżamy z głównej drogi nr 84, w boczną równoległą. Ruchu praktycznie nie ma. Asfalt pozostawia trochę do życzenia, ale cóż nie można mieć wszystkiego. Trasa omija centrum Sanoka. Jednak Paweł po raz kolejny ulega mojej prośbie. Jedziemy do centrum po fotkę :)

Za Sanokiem jedziemy bardzo malowniczą drogą wzdłuż Sanu.

Moglibyśmy jechać tą drogą i jechać, ale Paweł miał inną koncepcję. Zaprojektował skrót. Odbiliśmy w jakąś wąską drożynę. Asfalt jest super, a jedyny widoczny minus, to auta, które jadąc przytulają się do nas. Początkowo jest płasko, nic nie wskazuje na TAKI PODJAZD. Alpejskie przełęcze przy tym czymś to pikuś. 10 km rzeźbienia w górę i to jakiego rzeźbienia. Jadę szosówką 7-9 km/h, a przecież nawet na 10% podjeździe jeżdżę szybciej! Paweł jest silniejszy, jedzie w przodzie. Czy ta droga na fotografii wygląda na hardkorowy podjazd?!

Już myślałam, że będzie dobrze, a zjazd tak szybko jak się zaczął, tak szybko się skończył i dalej w górę. Masakra.

Skrótem domęczyliśmy do drogi nr 835. Dojechaliśmy do Dynowa. Za Dynowem w zajeździe zatrzymujemy się coś zjeść, tzn. Paweł je żurek i pierogi, a ja poprzestaję na gorącej herbacie i kanapce. Na terenie zajazdu znajduje się taka ciekawostka :)

Po odpoczynku dostajemy przyspieszenia. Droga jest usiana hopkami. Góra-dół, góra-dół. Jedziemy dosyć dynamicznie aż do Przeworska. Zatrzymujemy się na krótki odpoczynek na rynku...


A potem jest wiatr w twarz i czar prysł. Paweł jedzie, ja rzeźbię. Zaczynam odczuwać znużenie. Nawet nie chce mi się robić zdjęć. Mijamy Leżajsk i całe mnóstwo ciekawych kadrów, a ja nie mam ochoty na fotkowy postój.
Z wielką radością witam tablicę informującą, że jesteśmy w województwie lubelskim.

Jedziemy to dynamicznie, to normalnie, to rzeźbimy.
Wjeżdżamy w Lasy Janowskie. Jest pięknie. Co raz przecinamy trasę Green Velo. Odzyskuję wigor. W Lasach Janowskich są nowe asfaltowe drogi, idealne do jazdy na szosówkach.
Dojeżdżamy do Janowa Lubelskiego. Robi się późno. Pozostał spory odcinek do Lublina. Początkowo jedziemy drogą K-19. Jest ruchliwa jak zwykle. Na szczęście ma szerokie pobocza. Słońce jest nisko i tak oślepia, że jadący przede mną Paweł jest ledwo widoczną czarną plamą. Z ulgą zjeżdżam w boczną drogę.
Powoli zapada zmierzch. Chciałabym być już w domu. Jedziemy uczęszczaną przez Pawła trasą. Mijamy Wojciechów, Szastarkę, Zakrzówek.Trzymam się blisko Pawła, sił dodaje mi myśl, że jeszcze chwila i dojedziemy do Lublina. Zatrzymujemy się na krótki postój i gdy ruszamy schodzi ze mnie powietrze. Paweł ma więcej sił. On jedzie, ja rzeźbię, aż do samego Lublina.
Wjeżdżamy do miasta od strony Zemborzyc. Wjeżdżamy na ścieżkę. Dochodzi godz. 23.00, a ścieżka tętni życiem. W knajpkach obok zalewu jest pełno ludzi, na ścieżce sporo spacerowiczów. Za zalewem ścieżka nie jest oświetlona. Moja przednia lampeczka ledwo świeci. Dobrze, że coraz bliżej domu.
Paweł odprowadza mnie ścieżką aż do ul. Turystycznej. Pozostały ostatnie kilometry. W domu jestem o godz. 23.40.
To były dwa wyjątkowe dni. Dziękuję Pawle :)
Bieszczady są piękne. Chętnie pojadę tam na wędrówkę z plecakiem.
                                                                                               Koniec :)


Kategoria Rekordy, Wycieczki

Wielka Bieszczadzka czyli ultrzak Logina-część 1

  • DST 334.46km
  • Czas 13:00
  • VAVG 25.73km/h
  • VMAX 54.85km/h
  • Temperatura 22.0°C
  • Sprzęt Specialized
  • Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 28 lipca 2017 | dodano: 30.07.2017
Uczestnicy

O naszej Lubelszczyźnie śpiewało się dawniej piosenki. Ach Lubelskie, jakie cudne... A ja nie wiem dlaczego od dawna nuciło mi się zgoła inaczej. Ach, Bieszczady, jaki cudne... Bieszczady, Bieszczady...
Myślałam, chciałam i na tym się kończyło. Jednak znam kogoś, kto z pewnością częściej ode mnie nucił i nuci, ach Bieszczady, jaki cudne... Login schodził Bieszczady wzdłuż i w szerz, a nawet nie jeden raz był tu na rowerze.

Pomysł i projekt Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej był Logina, wspólne miało być wykonanie. Ustaliliśmy termin wyjazdu na 28 lipca. Do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy pojadę. W pracy gonię przed wakacyjnym urlopem, odezwała się znowu wiosenna dolegliwość, jestem permanentnie zmęczona... 
Przed południem 27 lipca odbieram telefon od Pawła.
- Jedziesz, potwierdzać rezerwację pokoju?
- Jadę, zdzwonimy się wieczorem.
Postanowione.
Umawiamy się o godz. 4.30 na ścieżce rowerowej. Wieczorem nastawiam budzik na 03.05, pakuję plecak, robię kanapki, chcę mieć zapas czasu, aby rano na spokojnie zjeść śniadanie.
Nie mogłam usnąć. Zaczynam się budzić, otwieram oczy, robi się widno za oknem. Telefon.
- Basia, ja już jadę.
- Paweł, ja jestem jeszcze w łóżku!!!!
- Co?
Rzucam telefon, zdążyłam jeszcze powiedzieć, szkoda czasu. Panika. Dlaczego budzik nie zadzwonił!!!??? Znowu dzwoni telefon. To Paweł.
- Spokojnie.
- Zaraz będę.
Nie jem, nie piję, ubieram się w wielkim pośpiechu i wychodzę, a może wybiegam. Czy wszystko zabrałam? Gdy Paweł dzwoni po raz trzeci, już jadę na spotkanie.
Paweł wita mnie uśmiechem, to nic, że mamy 45 minut opóźnienia.

Jedziemy lubelską arterią rowerową wzdłuż Bystrzycy. Dojeżdżamy do Zalewu Zemborzyckiego...

... i wyjeżdżamy z Lublina bocznymi drogami wśród pól.

Dojeżdżamy do drogi nr 835. Jedziemy w kierunku Przemyśla. Ruch na drodze jest dosyć duży. Jechałam tą trasą kilka razy autem. Mimo dużego natężenia ruchu chciałam pokonać ją kiedyś rowerem. I właśnie dzisiaj jest to "kiedyś". Trasa jest malownicza - pagórki, pola, lasy, wioski, miasteczka. Widoki rekompensują ryk aut. I jeszcze coś. Mamy sprzyjający wiatr. My nie jedziemy, my pomykamy 30 km/h i więcej :) Może uciekamy przed deszczem :) Wokół nas krążą ciemne chmury. Paweł sprawdził prognozę. Ma padać około godz. 20.00.

W barze, na jednej ze stacji benzynowej zatrzymujemy się na naleśniki z serem. Jaka cena, taka jakość. Zapłaciliśmy po 7 zł za porcję. Smakowały..., nie nie napiszę jak. Naleśniki były co najmniej wczorajsze, ciągnęły się jak guma i były odgrzane w mikrofali. A może napiszę, jak smakowały :) Ohydztwo.
Mijamy Biłgoraj, Tarnogród, Sieniawę z pięknym pałacem Izabeli Czartoryskiej, w którym aktualnie jest hotel i nigdzie się nie zatrzymujemy. Czy nie liczy się mój fotograficzny temperament? Po prostu cierpię katusze i jadę :)
Wzmocnieni naleśniczkami dojechaliśmy do Jarosławia. Trasa nie prowadzi przez centrum miasta, ale na moją prośbę korygujemy ślad. Nareszcie. Zatrzymujemy się na rynku.



Za Jarosławiem mamy odbić z drogi nr 835 w boczną drogę. Już mamy skręcić, gdy uwagę Pawła przyciąga wielki napis ZAJAZD.
Zatrzymujemy się w zajeździe Dwór Kresowy na naleśniki. Żałuję, że nie zrobiłam fotki tego CZEGOŚ co podała nam pani na ogromnym talerzu. Dwa wielkie naleśniki, obsmażone z bitą śmietaną, owocami - prażona połówka jabłka, kawałki banana i brzoskwini, winogron, pomarańcza i czekoladowy patyczek. Wyglądało to pięknie i apetycznie, a smakowało jeszcze lepiej :)


Do Przemyśla jedziemy trasą Green Velo.

Prowadzi ona przez Bolestraszyce koło Arboretum.
Arboretum – to wyodrębniony obszar, na którym uprawiane są drzewa, krzewy i krzewinki dla celów naukowych i hodowlanych. Nazwa wywodzi się od łacińskiego słowa arbor- drzewo. Arboretum Bolestraszyce zostało założone w 1975r., zajmuje obszar 25 ha, w tym 0,87 ha stawów, Cisowa 283 ha. Ogółem 308 ha.
W Bolestraszycach jednoczą się historia i czas współczesny. Historyczne założenie obejmuje park i dwór, w którym w połowie XIX w. mieszkał i tworzył znakomity malarz Piotr Michałowski. Arboretum obejmuje także dziewiętnastowieczny fort dawnej Twierdzy Przemyśl. Wiekowe drzewa, pozostałe z dawnych ogrodów zamkowych, stanowią malowniczy akcent wśród nowych nasadzeń, na które składają się gatunki obcego pochodzenia i rodzime drzewa, krzewy oraz rzadkie, zagrożone, ginące i chronione gatunki roślin. Arboretum nawiązuje do starych tradycji małopolskich ogrodów, w szczególności do: Sieniawy Izabeli Czartoryskiej, Zarzecza Magdaleny Morskiej – Dzieduszyckiej, Dubiecka Krasickich, Miżyńca Lubomirskich i Medyki Pawlikowskich.
Byłam w Arboretum Bolestraszyce dwa tata temu. Ogród jest przepiękny, polecam.

Dzięki uprzejmości pana z portierni wchodzę za bramę, aby zrobić choć jedną fotkę. A Paweł...
- Basia, szybko, jedziemy, raz, raz!
Gdzie mu się tak spieszy. Pan z portierni ze śmiechem mówi, abym mu się nie dawała :) Żartujemy, a Paweł czeka :)



Kto wjeżdżał do Przemyśla ten wie, że panorama miasta jest urzekająca. Niestety wjeżdżamy w sznurze aut i o zatrzymaniu się choć na chwilę nie może być mowy. Przed wjazdem do miasta obiecałam Pawłowi, że zatrzymamy się tylko na jedno zdjęcie...
Znowu to samo.
- Basia, jedziemy.
Tylko Basia i Basia, jedziemy i jedziemy :) Zapomniał, że są inne słowa :)

Być w Przemyślu i nie mieć fotki z dobrym Wojakiem Szwejkiem. Proszę pana, aby zrobił nam zdjęcie.

Za Przemyślem powoli zmienia się krajobraz. W oddali widać góry. Tam jedziemy.
Z Przemyśla kierujemy się do Arłamowa rowerowym skrótem, czyli im dalej tym lepiej. Odbijamy w boczną drogę, którą jechaliśmy wracając z BBT.

Podjazd do Arłamowa jest taki sam jak dwa lata temu, gdy jechałam w MRDP Góry. Moim zdaniem jest przereklamowany, wcale nie jest aż tak ciężko, jak niektórzy mówią. Wyprzedzam Pawła, aby poczekać na niego i zrobić mu zdjęcie, a potem znowu go wyprzedzam i na szczyt dojeżdżam solo :)

Do hotelu w Arłamowie nie wstępujemy. Zresztą nie ma po co, nasza piłkarka kadra nie ma tam teraz zgrupowania :)

Bieszczadzkie drogi są bardzo malownicze. Mogłabym nimi jechać i jechać...

Dojeżdżamy do Ustrzyk Dolnych. W Karczmie Młyn zatrzymujemy się na obiad. Tym razem zamawiamy żurek i pierogi ruskie.
Jedzenie było wyborne, a miejsce urokliwe. Polecam.



Robi się późno. Straszą ciemne chmury. Po raz drugi korygujemy trasę. Nie dojeżdżamy do Ustrzyk Górnych, tylko przed nimi, odbijamy w boczną drogę, skracamy trasę o około 5 km i jedziemy bezpośrednio do Wetliny. Droga, którą jedziemy pnie się w górę. Podjazd jest dosyć łagodny, jedynie końcówka, przed przełęczą wije się serpentynami. Do Wetliny mamy zjazd. Ależ jest przyjemnie, nie trzeba pedałować. Paweł pogonił, a ja sprawdzam co raz hamulce :)
W Wetlinie wstępujemy do sklepu po zakupy na śniadanie. Gdy wychodzimy pada deszcz, prawie leje. Dobrze, że do hotelu mamy około kilometra. Prognozy prawie się sprawdziły - opada, ale z opóźnieniem.
Mieliśmy szczęście, prawie nie zmokliśmy, ale i tak wszystko wypakowaliśmy do wysuszenia, robiąc przy tym wielki rowerowy bałagan.

Jutro czeka nas powrót do Lublina.


Kategoria Rekordy, Wycieczki

Szlakiem Pierścienia Tysiąca Jezior

  • DST 630.61km
  • Czas 24:32
  • VAVG 25.70km/h
  • VMAX 57.20km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Sprzęt Specialized
  • Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 27 maja 2016 | dodano: 30.05.2016

26 maja 2016r. Prolog
Wszystko zaczęło się od nie do końca udanego startu w zapisach na Maraton Podróżnika, w którym zamierzałam wziąć udział z
Jurkiem i dwoma kolegami z kirgiskiej ekipy. Dla mnie i dla Jurka miał to być trening przed BBT.  Niestety refleksu wystarczyło na miejsce w pierwszej dwudziestce na liście rezerwowej. I wtedy Jurek, tak od niechcenia rzucił hasło, a może przejedziemy Pierścień Tysiąca Jezior? Mi nie trzeba dwa razy powtarzać. Pomysł był świetny! W ubiegłym roku termin maratonu pokrywał się z moim wakacyjnym wyjazdem do Kirgistanu. Jurek wziął udział w maratonie i był urzeczony trasą. Jakie widoki - zachwalał, żałuj, że nie pojechałaś - powtarzał.
Ustaliliśmy termin na 27 maja - piątek po Bożym Ciele. Jurek z Beatką zajęli się rezerwacją noclegów w Dobrym Mieście, skąd zamierzaliśmy wystartować. Umówiliśmy się, że przyjedziemy do Dobrego Miasta w Boże Ciało - ja ze Starszym i Jurek z Beatką. Odpoczniemy, wyśpimy się i ruszymy na trasę następnego dnia około godz. 10.00.
Odliczałam dni do naszego Pierścienia Tysiąca Jezior. Pięć dni przed wyjazdem na Mazury zrobiłam z Chirality trasę Pięknego Wschodu. Jurek odradzał, twierdził, że taki dystans przed naszym treningiem to szaleństwo, ale kto upartemu zabroni. Pognałam i już! 
Po Pięknym Wschodzie miałam pracy w pracy dużo i jeszcze więcej, a do tego mój organizm po wysiłku powiedział - basta - kobieto powinnaś zwolnić! W poniedziałek po powrocie z pracy nie poznawałam swoich nóg - były nabrzmiałe od ud po palce u stóp. Pięknie! Dalej była praca w pracy i praca w domu. W środę przed wyjazdem spałam cztery godziny. Zadawałam sobie pytanie - czy ja dam radę? Nie chciałam zawieść Jurka...
Rano w Boże Ciało rano pojechaliśmy do kościoła, po powrocie spakowałam nas, Starszy zajął się rowerami. On i Beatka także zamierzali popedałować po Mazurach, tylko w bardziej rekreacyjnym tempie. Wyjechaliśmy z domu zgodnie z planem przed godz. 12.00. Odjechaliśmy około 30 km i... przypomniałam sobie, że nie zapakowałam kasku. Wracamy. Mamy kask, jedziemy, wstępujemy na lody w Sokołowie Podlaskim, jest fajnie. Jazda mnie uśpiła, a Starszy pomyka i... w Zamościu zatrzymuje nas drogówka. Starszy nieznacznie przekroczył prędkość. Mandacik. Pech?! Nie to dopiero początek! Za Olsztynem olśniło mnie - zapomniałam rowerowych butów!!!! Panika! Jak ja pojadę.Starszy mnie uspokaja, mówi, że przełoży pedały ze swego roweru, rano kupimy adidasy (zabrałam tylko tenisówki) i jakoś to będzie. Dzwonię do Jurka. Nie wierzy, że zapomniałam butów, myśli, że to żart. Oni już są praktycznie na miejscu, zatrzymali się na herbatę u Roberta - organizatora długodystansowych maratonów kolarskich BBT i Pierścienia Tysiąca Jezior. Robert obiecuje znaleźć rozwiązanie mego obuwniczego problemu.
Dojeżdżamy do Dobrego Miasta. Zatrzymujemy się na parkingu w pobliżu "pensjonatu", gdzie Jurek zarezerwował noclegi. Na ścianie jednego z budynków widzimy reklamę sklepu rowerowego! Może nie będzie źle. Jedziemy pod wskazany adres. Jest sklep, jest numer telefonu do właściciela. Dzwonię, pan już wie wszystko, miał telefon od Roberta. W swoim sklepie nie ma butów, ale koleżanka poprosiła go o pomoc w sprzedaży butów spd w rozmiarze 41,5.... Kupuję zwykłe pedały. Na szczęście Beatka zabrała buty, w których startuje w pieszych maratonach i na szczęście są tylko rozmiar większe od rozmiaru, który noszę...
Przyjeżdża Jurek z Beatką. Ja mam wisielczy nastrój. A to jeszcze nie koniec naszych przygód... Właścicielka "pensjonatu" pokazuje nam pokoje. Szok! Nora, to najłagodniejsze określenie jakie przychodzi mi na myśl. Na szczęście Jurek odzyskuje wpłaconą zaliczkę.
Z pomocą przychodzi Robert. Przygarnia nas. Już wcześniej proponował nam nocleg w swoim domku letniskowym, ale przecież mieliśmy zarezerwowane pokoje w PENSJONACIE. W internecie wszystko wygląda pięknie, nawet nora jest ekskluzywnym lokum.
W ten sposób zamiast w pensjonacie nocujemy w biurze maratonu Pierścienia Tysiąca Jezior. W porównaniu z tym co wcześniej widzieliśmy to hotel x-gwiazdkowy.
Jesteśmy wdzięczni Robertowi za zaproszenie. Robert ma wspaniałą rodzinę. On i jego żona Ania to bardzo serdeczni i życzliwi ludzie. Mają dwoje cudownych  maluchów. Ania z naszą pomocą zajęła się przygotowaniem domku letniskowego. Wieczorem Robert rozpalił ognisko. Jest przytulnie i miło.
Dzień się kończy...


27 maja 2016r. Szlakiem Pierścienia Tysiąca Jezior
Obudziłam się przed godz. 6.00. Mamy jeszcze trochę czasu. Budzik nastawiliśmy na godz. 7.00. Wytrzymuję do godz. 6.30. Wstaję. W moje ślady idzie Starszy i Beatka. Oni jadą na zakupy, a ja krzątam się, robię poranną kawę, coś podjadam przed śniadaniem. Chyba obudziłam Jurka. Zaspanym głosem pyta o godzinę. Zbliża się 7.15. Jurek komentuje, że nie pamięta kiedy tak rano wstał, a ja na to, że nie pamiętam kiedy tak późno wstałam :)
Powoli zbieramy się do odjazdu. Jemy śniadanie, robimy kanapki. Robert daje nam lokalizator, jak zawodnikom maratonu. W ten sposób Beatka, Starszy, a także Robert i Ania będą mogli obserwować nas na trasie. Dla mnie nasz Pierścień Tysiąca Jezior będzie testem Garmina. Po raz pierwszy będę korzystała z nawigacji. Narysowałam trasę na podstawie mapy ze strony maratonu z przebiegiem trasy. Było przy tym trochę zabawy. Dziękuję Ricardo, Chirality i Robertowi z kirgiskiej ekipy za pomoc w ujarzmieniu Garmina :)
Startujemy o godz. 9.30. Proszę Jurka, aby nie zwracał na mnie uwagi i jechał w swoim tempie. Chcę się sprawdzić, czy poradzę sobie z dystansem i pagórkowatą trasę po Pięknym Wschodzie jadąc w zwykłych adidasach.
Jedziemy drogą nr 507 do Ornety.W Ornecie odbijamy w drogę nr 517 i kierujemy się do Lidzbarka Warmińskiego. Trasa jest urokliwa, asfalt równiuteńki. Jest podjazd i zjazd, podjazd i...Do rzadkości należą płaskie odcinki. Jadę za Jurkiem. Nadążam. Jedzie mi się tak sobie. Wprawdzie cały ubiegły rok i bieżący do Wielkanocy jeździłam w zwykłych butach, ale do dobrego tak łatwo się przyzwyczaić. Nogi ześlizgują mi się z pedałów. Jest niby dobrze, ale jakoś inaczej. Powtarzam sobie w myślach - dasz radę, dasz radę i pedałuję.
Dojeżdżamy do Lidzbarka Warmińskiego. Tutaj czeka mnie pierwszy egzamin z rowerowej nawigacji. Jadę pierwsza. Jurek jedzie za mną. Garmin prowadzi bezbłędnie przez miasto. Ta nawigacja to całkiem fajna rzecz :)
W dalszym ciągu jedziemy drogą nr 517. Mijamy miejscowości Mignajny, Miłkowo, Rumowo, Ignacin, Kiwity. Za Rokitnikiem odbijamy w drogę nr 57. Ależ mamy sielskie widoki.
Pogoda dopisuje. Jest słonecznie i bardzo ciepło. Dojeżdżamy do Bisztynka.Wjeżdżamy na drogę nr 594. Widoki są urokliwe. Kierujemy się do Reszla.
Trasa w Reszlu prowadzi obok zamku. Pięknie.
Na razie nie czuję zmęczenia, mimo, że na liczniku wkrótce pojawi się 100 km. Dojeżdżamy do Świętej Lipki.
cdn...

Fotorelacja

Ostry start

W Ornecie

Na trasie przed Lidzbarkiem Warmińskim



Lidzbark Warmiński


Sielskie widoki przed Bisztynkiem

Bisztynek


Sielskie widoki za Bisztynkiem

Reszel



Święta Lipka


 Za Kętrzynem w towarzystwie rowerzysty                        

Aleja dębowa przed Sztynortem


Przystań w Sztynorcie

Żaglówki na kanale między Jeziorem Dragin i Mamry za Sztynortem

Na trasie

Postój w Jeziorowskie

Na trasie

Na trasie

Gołdap


Suwalszczyzna

Sejny

Augustów

Odpoczynek w Upałtach

Giżycko

Przystań nad Jeziorem Niegocin w Wilkasach

Ryn



Kierunek Święta Lipka

Odpoczynek w Lutrach

Zmęczeni i szczęśliwi

Finał





Kategoria Rekordy

Szlakiem Ultramaratonu Piękny Wschód

  • DST 537.53km
  • Czas 20:44
  • VAVG 25.93km/h
  • VMAX 61.12km/h
  • Temperatura 23.0°C
  • Sprzęt Specialized
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 21 maja 2016 | dodano: 22.05.2016
Uczestnicy

Wszystko zaczęło się od ubiegłorocznego startu w Pięknym Wschodzie. Dystans odpowiedni, aby poczuć w nogach, trasa odpowiednia, aby  zauroczyć się pięknymi okolicznościami przyrody, a co równie ważne - start praktycznie spod domu - nie muszę gonić autem na drugi koniec Polski, wystarczy wsiąść na rower i jestem w bazie.
Zimą, a może późną jesienią Krzyś rzucił hasło majówki na Morawach. Termin zbiegał się z terminem Pięknego Wschodu. Nie chciałam rezygnować ani z majówki, ani z maratonu. Postanowiłam - jadę na Morawy, a Piękny Wschód przejadę na dziko po powrocie z wycieczki.
Jak się okazało nie tylko ja wpadłam na pomysł Pięknego Wschodu w wydaniu "na dziko". Znalazł się jeszcze jeden rowerowy zapaleniec - Chirality/Tomek. Zaproponował pokonanie trasy na wspak - w kierunku przeciwnym do regulaminowego. Nie miałam nic przeciwko temu. Ustaliliśmy termin wyjazdu na sobotę 21 maja. A jaką ożywioną wymianę wiadomości na bs prowadziliśmy kilka dni przed startem! Emocje i coraz większy respekt przed dystansem 500 km brały górę.
W piątkowy wieczór 20 maja było wszystko ustalone - spotykamy się na trasie maratonu w Garbowie o godz. 8.30 na skrzyżowaniu ulicy Lipowej z Warszawską. Tomek zamierzał pojawić się na miejscu już o godz. 8.00 i obiecał czekać na mnie akademicki kwadrans  - do godz. 8.45. Spóźnialski goni, albo wraca do bazy...
Nie chciałam się spóźnić. Ja wbijam się w trasę maratonu około 7 km za miejscem startu i do Garbowa jadę trasą Pięknego Wschodu. To tylko około 63 km, takie małe nic, ale... Przez głowę przebiegają mi z szybkością błyskawicy czarne scenariusze - nie zdążę - zaśpię, złapię gumę, pomylę drogę... Czy można wymyślić coś jeszcze...
Budzę się o godz. 4.00. Wstaję. Toaleta, śniadanie, pakowanie plecaka. Czy czas się zatrzymał? Jest kilka minut po godz. 5.00 - zakładam kurtkę, kask, plecak, buty, wyprowadzam rower - jadę. Szaleństwo! Będę na miejscu spotkania przed godz. 8.00. Kalkuluję. Lepiej poczekać, niż się spóźnić.
Budzi się dzień. Poranek jest rześki. Nad polami unoszą się mgły.

Jadę w spacerowym tempie. Dojeżdżam do Lubartowa. Odbijam w drogę w kierunku Garbowa.
Zatrzymuję się w Kozłówce. Jestem ciekawa, czy można o tak wczesnej porze wejść na dziedziniec pałacu Zamoyskich. Furtka jest otwarta. Wchodzę. Pan ochroniarz pozwala mi zrobić zdjęcia.

Pędzę dalej. Mijam Kamionkę, Zofianów i dojeżdżam do Garbowa przed godz. 8.00. Czekam, czekam, czekam... Mija godz. 8.00 - Chirality nie przyjedzie, coś się stało. Mija godz. 8.15 - wystawił mnie? Niemożliwe! Mija godz. 8.20 - powinnam przed wyjazdem sprawdzić wiadomości na bs, może coś mu wypadło... Mija godz. 8.30 - jest! Jaka ulga.
Z Chirality jesteśmy jedynie wirtualnymi znajomymi na bs. Nigdy wcześniej razem nie jechaliśmy. Jestem ciekawa wspólnej jazdy - czy pedałujemy w podobnym tempie i czy ja za nim nadążę?! Ostatnio nie jestem w najlepszej dyspozycji. Coraz trudniej przychodzi mi godzenie codzienności z rowerową zwyczajnością. Rower powoli staje się luksusem, na który mnie nie stać. Kradzione rowerowe chwile kosztują dużo, bardzo dużo. Może powinnam zrezygnować? Gdyby doba miała 48 godzin... Jednak - dzisiaj się udało - zamierzam pokonać 500 km. Liczy się tu i teraz, złe myśli precz ode mnie!
Na pierwszy przystanek zatrzymujemy się w Kazimierzu Dolnym. Przed Kazimierzem są dwa podjazdy - dla mnie długie i męczące. Tomek pogonił, a ja wlokę się ledwo, ledwo. Co się dzieje? Złe myśli precz! Może  powoli się rozkręcę, przecież się nie poddam!
Na płaskim doganiam Tomka. Z grzeczności zwolnił tempo, dobry z niego kompan.
Wjeżdżamy do Kazimierza.

Fotka i popas - lody - Tomek, a ja - drożdżówka francuska, kanapka, kefir. Rozsiadamy się na rynku przed cukiernią. Jest okazja do rozmowy. 
Jedziemy dalej. Wyjeżdżając z Kazimierza mam na liczniku 103 km. Pozostało jedynie 400 km z małym załącznikiem.
Tomek jest zwolennikiem "małych kroczków" - nasz kolejny cel to miejscowość Chodel, a potem zobaczymy.
Jest Chodel. Zatrzymujemy się przed sklepem. Uzupełniam picie i jem banana oraz Góralkę, a Tomek - lody i miniaturowego batonika. Czuję się zakłopotana - jem za dwoje...
Kolejny przystanek to Kraśnik. Nareszcie Tomek pałaszuje drożdżówkę. Zatrzymujemy się w altance nad jeziorem.

Za Kraśnikiem zaczynają się pagórki






cdn...

Podsumowanie:


życiówka max :)


Dzięki Chirality za wspólną jazdę :)


Kategoria Rekordy

Tour de Zamość/Roztocze

  • DST 320.20km
  • Czas 11:55
  • VAVG 26.87km/h
  • VMAX 56.23km/h
  • Temperatura 11.0°C
  • Sprzęt Specialized
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 9 kwietnia 2016 | dodano: 09.04.2016
Uczestnicy

Pomysłodawca i budowniczy trasy: Login
Kierownik ekipy: Login
Uczestnicy: Roberth i Basik
Start i meta: Krasnystaw
Mijane większe miejscowości: Hrubieszów, Tomaszów Lubelski, Józefów, Zwierzyniec, Szczebrzeszyn
Dystans maratonu: 230 km
Prędkość średnia maratonu: 27,40 km/h
Bonusik: Dojazd 90 km na kołach na miejsce zbiórki
Najfajniejszy moment: wspominanie Pięknego Wschodu 2015 na postoju w Zwierzyńcu
Najtrudniejszy moment: ostatnie 70 km pod wiatr
Na trasie:

Podsumowanie:


             Dziękuję Koledzy za wspólną jazdę :)


Kategoria Rekordy

Stadnina Koni w Janowie Podlaskim

  • DST 226.11km
  • Czas 08:42
  • VAVG 25.99km/h
  • VMAX 43.43km/h
  • Temperatura 5.0°C
  • Sprzęt Specialized
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 6 lutego 2016 | dodano: 06.02.2016

Pomysł zrodził się spontanicznie w czasie wczorajszej bezsennej nocy. W sobotni poranek jadę do Stadniny Koni w Janowie Podlaskim.

Nie analizuję mapy, nie ustalam trasy, nie mam na to czasu. Wiosną ubiegłego roku jadąc w Pięknym Wschodzie (a także latem jadąc trasą maratonu) przejeżdżałam przez Jadów Podlaski. Wówczas nie mogłam sobie pozwolić na korektę trasy, ale postanowiłam, że tu kiedyś wrócę.
Więc... Postanowione. Jadę "skrótem" -  trasą Pięknego Wschodu, a wracam przez Białą Podlaskę. Dystans do Janowa Podlaskiego jest jak ciastko z niespodzianką - nie pamiętam ile kilometrów będę musiała pokonać zanim dotrę do celu.
Wyjeżdżam z domu o godz. 8.00. Termometr wskazuje 0 stopni. Jest rześko, ale dzień zapowiada się pogodny. Zabieram jedną kanapkę, dwa tłustoczwartkowe pączki i bidon z piciem - woda z sokiem truskawkowym. Po drodze, w jednej z mijanych wsi zatrzymuję się przy aucie - obwoźnej piekarni. Przede mną w kolejce stoją dwie starsze Panie. Jedna z nich, mówi: "Proszę chłopcze kupuj pierwszy, może ci się spieszy". Ach, ta kominiarka. Znowu zostałam chłopakiem. Kupuję dwie drożdżówki z dżemem, dziękuję miłym Paniom, żegnam się i odjeżdżam. Ciekawe, co pomyślały, gdy usłyszały mój głos?
Mijam większe miejscowości - Komarówkę Podlaską, Międzyrzec Podlaski. W Międzyrzecu Podlaskim wjeżdżam na drogę K-19 i wkrótce jestem w Województwie Mazowieckim. Jadę w kierunku Białegostoku. Mijam Łosice.

Droga zaczyna falować - lekki podjazd, zjazd. Wiatr mi sprzyja. Pedałuje się bardzo przyjemnie. W Sarnakach odbijam na Białą Podlaskę i po kilkunastu kilometrach  znowu jestem w Województwie Lubelskim.


Dojeżdżam do Janowa Podlaskiego. Licznik wskazuje 124 km.

Jeszcze tylko 2 km i jestem u celu.





A to główni bohaterowie mojej wycieczki....




Piękne....

I jeszcze raz... Konie są niesamowite....



Nie tylko ja przyjechałam nacieszyć się konikami :)

Pora wracać...
Zmienia się kierunek wiatru. Praktycznie do samego domu będę miała wiatr w twarz. Wyjeżdżam z Janowa i zaczyna prószyć biała kasza. A w piątek tak pięknie umyłam Speca. Na szczęście przed Białą Podlaską przestaje padać.
Zatrzymuję się na krótką chwilę w Białej Podlaskiej. Kiedy ja tu ostatnio byłam... Dawno, dawno temu....

Moja wycieczka dobiega końca, pozostało jedynie wrócić do domu. To był piękny dzień.
                                                                                                    KONIEC


Kategoria Wycieczki, Rekordy

Trzynastego w piątek :)

  • DST 219.42km
  • Czas 07:58
  • VAVG 27.54km/h
  • VMAX 42.27km/h
  • Temperatura 12.0°C
  • Sprzęt Specialized
  • Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 13 listopada 2015 | dodano: 13.11.2015

Dzisiaj słowa są także zbędne. Wystarczy uśmiech razy dwa :) x 2 = :) :)
Moja dzisiejsza trasa - dwustetkowy pewniak - kierunek Włodawa.
36 km

74 km

94 km

112 km

128 km

140 km - obligatoryjny postój :)

185 km

Finał :)




Kategoria Rekordy

Szlakiem Pięknego Wschodu

  • DST 250.46km
  • Czas 09:32
  • VAVG 26.27km/h
  • VMAX 44.59km/h
  • Temperatura 32.0°C
  • Sprzęt Specialized
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 7 czerwca 2015 | dodano: 07.06.2015

Pognałam dzisiaj szlakiem Pięknego Wschodu. Tak coś mnie naszło :) Wyjechałam dosyć późno, około godz. 10.30.
Do Włodawy jechałam trasą ultramaratonu. Jak fajnie było znowu jechać bardzo urokliwymi nadbużańskim terenami.
Przed Sarnakami natknęłam się na taką ciekawostkę.

Wcześniej w Łosicach obrałam kierunek na Białystok...

W Sarnakach odbiłam na Terespol kierując się na Białą Podlaskę. Tak wyglądała droga za Sarnakami.

Pięknie zielono :) nie robiłam dużo zdjęć, czas bardzo naglił...
Centrum Janowa Podlaskiego.

Sanktuarium w Kodniu....

Droga między Kodniem, a Sławatyczami.

Cerkiew w renowacji w Sławatyczach.

Ze Sławatycz pojechałam do Włodawy, a tu nie wjeżdżając do centrum odbiłam na Lublin. Pozostało tylko dojechać do domu.
Wycieczka bardzo udana, choć popełniłam ten sam błąd, co na poczatku ubiegłego lata - nie posmarowałam całych rąk i nóg kremem z filtrem... Trochę mnie przypiekło :)


Kategoria Rekordy

Dwusetka i miesięczniaczek :)

  • DST 244.64km
  • Czas 09:21
  • VAVG 26.16km/h
  • VMAX 40.91km/h
  • Temperatura 10.0°C
  • Sprzęt Specialized
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 21 marca 2015 | dodano: 21.03.2015

To miał być test. Chciałam pokonać na szosówce dystans 200 km z minimalną ilością przystanków - dwa, góra trzy. I jak to w życiu bywa - miał być test, a wyszło, jak zwykle. Już na początku, zaraz po wyjeździe z domu robię falstart. Wyjeżdżam około godz.6.00. Pokonuje 500 metrów i wracam po spodenki z pampersem. Wieje i jest mi za zimno w samych długich spodniach. Dobrze, że założyłam kominiarkę. Zapowiada się nie tylko pogodny i słoneczny dzień, ale także wietrzny.
Jadę trasą z ubiegłych lat. To dystansowy pewniak, a mi dzisiaj nie zależy na nowych klimatach, tylko na dystansie. Pokonuję 8 lub 9 km i ponownie się zatrzymuję. Czuję, że mam mam za wysoko siodełko. Odbierając rower ze sklepu byłam w takiej radosnej euforii, że nie  zwróciłam uwagi na jego wysokość. Dopiero po zatrzymaniu zauważam, że siodełko jest inaczej mocowane, niż w Scottcie. Bez kluczy nie poradzę, a kluczy nie zabrałam. Ba, ja nawet nie zabrałam  pompki, zapasowej dętki i dokumentów. Mam przy sobie jedynie telefon, który zazwyczaj zostawiam w domu... Zabrałam także aparat, jak się później okaże główny winowajca zbyt dużej liczby przystanków :)
Pomykam dalej. Jazda na szosówce jest rowerową poezją. Jadę w kierunku Włodawy. 
Na 75 km robię przystanek. Wprawdzie nie muszę, ale chcę wejść do lasu. Jest urokliwie.

Jem kanapkę oraz banana i zapijam Pepsi. Zabrałam ze sobą trzy bułki, 4 banany, "Góralkę" cytrynową, litrowa Pepsi i Cisowiankę - 0,70 litra. Wszystko zapakowałam do plecaka. Wczoraj nie sprawdziłam, czy do koszyczków zmieszczą się butelki, czy bidony, a rano - szybko, szybko... i butelki trzeba było zabrać do plecaka. Zrzucam z siebie część garderoby - kominiarkę. Liczę, że wiatr nie jest mroźny, bo to przecież pierwszy dzień wiosny.
Pędzę dalej. Lubię ten odcinek trasy, może dlatego, że lubię las...

Jednak wiatr jest  ostry. Zacina z boku. Cóż robić. Pokonuję kilometr i kolejny krótki postój na założenie kominiarki i fotkę.

Dojeżdżam do Włodawy i kieruję się na Okuninkę. Ostatni raz byłam tu w grudniu, w dniu swoich urodzin :) Do Okuninki prowadzi ścieżka rowerowa. Jedzie się całkiem przyjemnie, tylko to okropne wiatrzysko. Wiatr wieje centralnie w twarz.
Za Okuninką wjeżdżam na drogę główną. Jadę w kierunku Chełma.

... i tak przez 17 km.
W Łowczy odbijam na Sosnowicę. Droga jest bardzo widokowa. Prowadzi przez Poleski Obszar Krajobrazu Chronionego lub Poleski Park Krajobrazowi - ciągle mi się myli, czy to już Park Krajobrazowy, czy jeszcze Obszar Krajobrazu Chronionego :) Mijam również sielskie wsie.

...i lasy.

Nie potrafię przejechać obojętnie obok leśnego parkingu. Na moim blogu są zdjęcia tego miejsca, bo w ubiegłym roku robiąc dwusetkę  zatrzymałam się na tym parkingu . Dzisiejsza fotka jest inaczej wykadrowana - pokazuje parking prawie w całości :)
Ładne miejsce, czyż nie?

Postanawiam ograniczyć swój temperament fotografa - amatora. Tylko jazda, ale... Jadąc przez Stary Brus zauważam domy - bliźniaki. Urocze.

Wiatr jakby wzmagał na sile. Wieje w bok z akcentem na twarz. A skrycie myślałam o walce o średnią. Ach, z wiatrem nie wygram.
Dojeżdżam do Sosnowicy. Mijam cerkiew i wracam. Robię zdjęcie. Temperament bierze górę.
Sosnowicka cerkiew p.w. Świętych Apostołów Piotra i Pawła należy do parafii Podwyższenia Krzyża Pańskiego w Horostycie diecezji lubelsko - chełmskiej. Została zbudowana w latach 1891r. - 1894r. Od 1989r. znajduje się w rejestrze zabytków. Aktualnie od 2012r. trwają prace remontowe budynku. W cerkwi od 1997r. odprawiana jest  jedna Święta Liturgia rocznie w święto patronalne 12 lipca.

Z Sosnowicy krótszą trasa jadę do Ostrowa, a stąd przez Jedlanki do domu. Przed Jedlanką Nową na liczniku pokazuje się cyferka 200. To nie koniec niespodzianek. Wiatr za Ostrowem zaczyna wiać w bok z akcentem na plecy. Pomykam przez Jedlankę 40 km/h. Super. I tak przez około 20 km, a potem.... Ostatnie 20 km jadę pod wiatr...
Reasumując. Testu nie zaliczyłam, choć wykręciłam dzisiaj tysięczny marcowy kilometr. Zrobiłam więcej przystanków. Jednak było warto zatrzymać się więcej niż trzy razy. To pierwsza dwusetka szosówki i powinna mieć pamiątkowe zdjęcia. A test zrobię następnym razem :)

DST: 244,64 km
Czas: 09:21
V AVG: 26,16 km/h
V MAX: 40,91 km/h



Kategoria Rekordy

Podwójne święto :)))

  • DST 233.39km
  • Czas 10:07
  • VAVG 23.07km/h
  • VMAX 35.00km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 24 maja 2014 | dodano: 24.05.2014

Dzisiaj po raz pierwszy w tym sezonie pokonałam dystans ponad 200 km :)

W ten sposób na moim liczniku pojawił się 3 tysiączek :)))

Wyjazdu nie planowałam z dużym wyprzedzeniem. Pomysł zrodził się spontanicznie pod wpływem chwili.
Zależało mi na pokonaniu dystansu 200 km i dlatego nie eksperymentowałam z trasą. Powieliłam trasę, którą jechałam dwa lata temu. Wówczas przejechałam 255 km. Planowałam pokonać dystans 230 km, ale na ostatniej prostej byłam tak zajęta lodami śmietankowymi, że przegapiłam drogę i wracałam do domu duuużym skrótem. Dzisiaj zaprogramowałam się na minimum 225 km. Właśnie tyle brakowało mi do 3 tysiąca.
Wyjechałam z domu o godz. 6.00. Aby tradycji stało się zadość pierwsze 50 km pokonałam trasą treningowego kółeczka, po czym obrałam kierunek na Włodawę. Po wjeździe na drogę nr 818 tablica informacyjna wskazywała, że mam do pokonania 45 km. To tylko i aż 45 km zważywszy na to, że wiatr wiał mi w twarz, lub w z boku spychając mnie do osi jezdni. Jedzie mi się źle. Może to nie mój dzień - myślę, ale przecież nie zawrócę. Mijam między innymi miejscowości Krzywowierzba, Lubień, 3 x Wyryki - Wyryki Połód, Wyryki Wola i Wyryki Adampol :) Za Adampolem wjeżdżam na drogę nr 82. Jeszcze chwila i jestem we Włodawie, a raczej na rogatkach Włodawy.

Zaskakuje mnie temperatura powietrza wyświetlana na tablicy. Jest dopiero po godz. 10.00, a już tak gorąco.

We Włodawie na pierwszym rondzie kieruję się na Chełm. Jadę drogą nr 812. Do Okuninki - lokalnego kurortu prowadzi ścieżka rowerowa. Mijam sielski obrazek - domek położony nad stawem. Uroczo...

Okuninka leży na Pojezierzu Łęczyńsko - Włodawskim nad Jeziorem Białe. To z pewnością jedno z najliczniej odwiedzanych jezior na tym pojezierzu przez amatorów kąpieli z Warszawy i Lublina. Gdy widzę auto za autem skręcające do Okuninki postanawiam, że jadę dalej. Nie lubię tłumu, więc po co miałabym tam zajeżdżać. Robię jedynie Scottowi fotkę z Krokodylkiem witającym w Okunince :)

Na liczniku wybija 100 km. Dalej jadę drogą główną. Ruch jest umiarkowany. Jedyne co przeszkadza to wiatr wiejący centralnie w twarz. Tak będzie przez dalsze 17 km. W Łowczy odbijam na wschód i dalej jadę drogą nr 819. Zatrzymuję się w sklepie, aby uzupełnić wodę. Kupuję też dwa banany. To moje drugie zakupy. We Włodawie zatrzymałam się po raz pierwszy. Kupiłam wodę i napój Tymbark jabłko - mięta. Lubię ten smak :)
Od Łowczy nareszcie wiatr mi pomaga. W Rudce Łowieckiej mijam pasące się krowy. Już nie pamiętam kiedy widziałam taki widok.

Mijam Hańsk. Jestem na Polesiu, a dokładnie na Obszarze Poleskiego Krajobrazu Chronionego. Polesia czar.... Pięknie. Jadę drogą przez las. Zatrzymuję się na dłuższą chwilę na leśnym parkingu, który odkryłam dwa lata temu. Urokliwe miejsce.

W Kołaczach przecinam drogę nr 82, którą już dzisiaj jechałam. Kieruję się do Sosnowicy. Mijam Nowy Brus, Stary Brus, Wołoskowolę, Pieszowolę i dojeżdżam do Sosnowicy. Dalej chcę jechać do Ostrowa Lubelskiego i przez moment zastanawiam się nad wyborem trasy. W myślach orientacyjnie przeliczam odległości i podejmuję decyzję - jadę trasą z przed dwóch lat. Kieruję się na Łęczną. Niestety znowu mam wiatr w twarz lub z boku. Wracam na Pojezierze Łęczyńsko - Włodawskie. Jadę drogą nr 820. Zatrzymuję się nad Jeziorem Rogóźno. Być na pojezierzu i nie zamoczyć nóg w wodzie? Lubię to miejsce - małe jezioro ukryte wśród lasów. Latem często tu przyjeżdżam. Dzisiejsza upalna pogoda przyciągnęła wielu amatorów kąpieli słonecznych.

W Ludwinie odbijam na Zezulin. Stąd do Ostrowa Lubelskiego dzieli mnie tylko 15 km. Wjeżdżam na drogę nr 813. Pedałuję rytmicznie. Słońce praży. Mimo częstego wcierania kremu ochronnego z filtrem coraz bardziej piecze mnie lewa ręka. Aż się boje pomyśleć jak wygląda moja twarz po takiej dawce promieni.
Mijam Rozkopaczew, a gdy wjeżdżam do Kolechowic na liczniku pojawia się 200 km! Super! Chwila i jestem w Ostrowie Lubelskim.

Po przejechaniu 9 km odbijam na trasę swego kółeczka. Do domu jest coraz bliżej. Z każdym kilometrem jadę szybciej. Nie czuję dużego zmęczenia. Jestem znużona upałem. Słońce praży niemiłosiernie.
W domu jestem kilka minut po godz. 17.00. Udało się! Na liczniku mam 233 km! Po raz pierwszy w tym sezonie pokonałam dystans ponad 200 km, a to dopiero początek :) Spełniło się moje kolejne marzenie. Jestem szczęściarą. Czy jest jeszcze ktoś, komu spełniają się wszystkie marzenia tak, jak mi? :)))


Kategoria Rekordy