Wycieczki
| Dystans całkowity: | 13043.87 km (w terenie 591.00 km; 4.53%) |
| Czas w ruchu: | 517:43 |
| Średnia prędkość: | 22.42 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 58.18 km/h |
| Liczba aktywności: | 99 |
| Średnio na aktywność: | 131.76 km i 6h 38m |
| Więcej statystyk | |
Morawy. Dzień pierwszy
-
DST
74.61km
-
Czas
04:58
-
VAVG
15.02km/h
-
VMAX
50.10km/h
-
Temperatura
16.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Zaspaliśmy... Wyjeżdżamy z pensjonatu po godz. 10.00. Żegnamy Czeskie Budziejowice kółeczkiem po starym mieście. Dzisiaj zamierzamy dojechać do miejscowości Rożemberg.
Jedziemy ścieżką nad Wełtawą. Rowerowa droga jest bardzo malownicza

W oddali na wzgórzu widać zamek w Hluboce
Hluboká to niewielkie miasto w południowych Czechach, położone nad rzeką Wełtawą.
Główną atrakcją turystyczną jest neogotycki zamek.
Budowla ta swoim kształtem nawiązuje to angielskiej królewskiej
rezydencji w Windsorze i dlatego zamek nazywany jest Czeskim Windsorem. Historia zamku w Hluboce sięga czasów
średniowiecznych, kiedy na polecenie ówczesnego króla Czech - Przemysła II Ottokara
z dynastii Przemyślidów wzniesiono tu pierwszy warowny gród obronny.
Twierdza ta powstała pod koniec XIII wieku i początkowo pełniła funkcje
przygranicznej wartowni. W kolejnych stuleciach zamek wielokrotnie
zmieniał swoich właścicieli. W pierwszej połowie XVI wieku właścicielem
zamku został ówczesny cesarz Świętego Cesarstwa Rzymskiego - Ferdynand I Habsburg.
Wkrótce sprzedał on warownię hrabiom z Hradca którzy przebudowali
ją w renesansową rezydencję. Niespełna wiek później budowla przeszła w
posiadanie książęcego rodu Schwarzenbergów. To właśnie za ich panowania zamek uzyskał swój obecny kształt. Stało się to za sprawą księcia Jana II Adolfa, który w latach trzydziestych XIX wieku polecił zburzyć dawny zamek a w jego miejscu wznieść neogotycką rezydencję. Przy projektowaniu nowego zamku pracował specjalnie sprowadzony z Wiednia znany austriacki architekt Franz Beer.
Całość otoczona została blisko 200 hektarowym malowniczym
angielskim parkiem krajobrazowym.



Piękne miejsce, piękna budowla. Żegnam Hlubokę z postanowieniem, że jeszcze kiedyś tu wrócę ze swoimi bliskimi.
Jedziemy dalej.
Zwiedzamy Holašovice - najbardziej urokliwą miejscowość w całej Republice Czeskiej. Holaszowice są przykładem ludowego baroku z XVIII i XIX w. Miejscowość wpisana jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Znajdują się tu 22 domy mieszkalne. Ich cechą charakterystyczna są zaokrąglenia u szczytu od frontu.



Żegnamy Holašovice. Jakaż urokliwa jest nasz dalsza trasa...



Dojeżdżamy do gotyckiego klasztoru Cystersów w Zlatej Korunie. Jest to
jeden z najcenniejszych kompleksów architektury gotyckiej w Europie
Środkowej, leżący w dolinie Wełtawy niedaleko Českého Krumlova. Został zbudowany w XIII wieku.



Kolejny przystanek to Czeski Krumlov - Český Krumlov.Miasto położone jest nad brzegami Wełtawy. Powstało wokół XIII-wiecznego zamku. Zbudowany na nadbrzeżnej skale
zamek służył ochronie brodu przez rzekę. Český Krumlov stanowi przykład
małego, średniowiecznego miasteczka Europy Środkowej, które rozwijało
się bez zakłóceń przez pięć wieków, zachowując w ten sposób nienaruszone
dziedzictwo architektoniczne. W 1992 roku zabytkowe centrum miasta
zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.



Nad Českým Krumlovem góruje zamek. Zespół budowli, usytuowany na skale wznoszącej się stromo nad Wełtawą – jest drugim, co do zajmowanej powierzchni, zamkiem w Czechach, po praskich Hradczanach. Najstarsza część tzw. Hrádek – Zameczek z potężną okrągłą wieżą pochodzi z połowy XIII wieku.
Wchodzimy...





Panorama Krumlova z tarasu zamku
i mała niespodzianka ukryta w zamkowej fosie
Wyjeżdżamy z Krumlova bardzo późnym popołudniem. Zatrzymujemy się na campingu kilkanaście kilometrów przed miejscowością Rożemberg - planowanym miejscem noclegu.
Kategoria Morawy 2016, Wycieczki
Morawy. W drodze
-
DST
8.33km
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dochodzi godz. 1.00. Od kilku godzin jestem w Krakowie. Jutro, a nie - to już dziś wyjeżdżam ze znajomymi - Krzysiem i Darkiem, z którymi byłam w Kirgistanie na majówkę na Morawy. Trasę zaplanował Krzyś. Wyruszamy z Katowic. Dzięki gościnności Darka i jego rodziny nie muszę tułać się nocnymi pociągami z Lublina do Katowic, z kilkugodzinnym postojem w Rzeszowie i Krakowie. Miło znowu spotkać znajomych. To będzie mój drugi wyjazd do Czech. Jakiś czas temu byłam z Maleństwem w Pradze. Teraz przyszła kolej na Morawy - krainę zamków...
winnic...
knedli...
i wybornego piwa Budweiser
Dzwoni budzik. Prysznic, kanapki i ruszamy! Krzyś czeka na nas w umówionym miejscu. Jesteśmy w komplecie. O godz. 7.00 z minutami wyjeżdżamy do Katowic. Na dworcu w Katowicach nie jesteśmy jedynymi sakwiarzami. 
Kupujemy bilety do Bohumina, wsiadamy do pociągu i witaj przygodo! Gadamy, gadamy, gadamy... Dwie godziny mija niczym dwie minuty. W Bohuminie czeka nas przesiadka. Stąd pojedziemy do Brna. Mamy niewielkie opóźnienie. Pociąg do Brna stoi na sąsiednim peronie. Zdążyliśmy. I znowu - gadamy, gadamy, gadamy...

W Brnie mamy 15 minut na przesiadkę. Ależ sprawnie nam poszło ładowanie rowerów i sakw do pociągu. Ruszamy. Kierunek Czeskie Budziejowice. Zamierzamy przemierzać Morawy od Czeskich Budziejowic i wrócić do Polski na kołach.
Podróż do Budziejowic przebiega w miłej atmosferze. Na miejscu jesteśmy przed godz. 20.00.
Czeskie Budziejowice (České Budějovice) położone są w południowych Czechach w Kotlinie Czeskobudziejowickiej, u zbiegu rzek Wełtawy i Malse. Pełnią funkcję głównego ośrodka
administracyjnego, przemysłowego, handlowo-usługowego, akademickiego
(trzy uczelnie wyższe, w tym Uniwersytet Południowoczeski) i
kulturalnego regionu południowoczeskiego.
Miasto powszechnie znane jest z browarów Budweiser oraz Mieszczańskiego produkujących piwa marki Budweiser, klubów sportowych: piłkarskiego Dynamo Czeskie Budziejowice i hokejowego HC Czeskie Budziejowice.
Jedziemy do pensjonatu Penzion Optima przy ul. Czeskiej 16. To tu mamy zarezerwowany nocleg. 
Zostawiamy sakwy i ruszamy w miasto...
Największą atrakcją turystyczną Czeskich Budziejowic jest Stare Miasto z zachowanym
średniowiecznym układem urbanistycznym oraz zabudową reprezentującą
wszystkie style architektoniczne od XII do XIX w. Jego centrum stanowi Rynek Przemysła Ottokara II
o bokach długości 133 metrów, z fontanną Samsona pośrodku i ratuszem. 

Spacerujemy, robimy zdjęcia i rozsiadamy się w knajpce Masne Kramy.

Zamawiamy obowiązkowo knedle i Budweisera.
Kategoria Morawy 2016, Wycieczki
Pojezierze Łęczyńsko-Włodawskie
-
DST
152.18km
-
Czas
06:25
-
VAVG
23.72km/h
-
VMAX
33.90km/h
-
Temperatura
12.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Równina Łęczyńsko-Włodawska (Pojezierze Łęczyńsko-Włodawskie) jest częścią Polesia Zachodniego. Stanowi największy w Polsce zespół łąkowy. Ta kraina jezior, bagien i lasów charakteryzowała się
przyrodą zachowaną w niezmienionym stanie do lat 1970., kiedy podjęto
próby melioracji i osuszania znacznej części terenów. Jeziora
pochodzenia krasowego zajmują ponad 27 km2 powierzchni.
Na Pojezierzu znajduje się utworzony w 1990 roku Poleski Park Narodowy. 
Odwiedzone jeziora:
Jezioro Czarne

Jezioro Skomelno
i leśna chatka nad jeziorem...
Jezioro Zagłębocze

Jezioro Piaseczno

Jezioro Rogóźno
Jezioro Łukcze
Jezioro Krasne
Powrót do domu...
Kategoria Wycieczki, Ciekawa Lubelszczyzna
Spotkanie w Kazimierzu Dolnym
-
DST
215.09km
-
Czas
08:26
-
VAVG
25.50km/h
-
VMAX
54.48km/h
-
Temperatura
3.0°C
-
Sprzęt Specialized
-
Aktywność Jazda na rowerze
Piątek 18 marca godz. 11.15. Odbieram telefon:
- Cześć, nie przeszkadzam?
Ależ pytanie. Czy on może kiedykolwiek przeszkadzać.
- Będę jutro w Lublinie, przyjeżdżam do sklepu rowerowego obejrzeć rower. Może wyjedziesz na trasę, może do Puław i przejedziemy się razem. Będę z kolegą. Wyślę trasę na e-mail.
O godz. 14.00 z minutami odbieram e-mail z linkiem do trasy prowadzącej przez.... Kazimierz Dolny. Cóż za zbieg okoliczności. Planowałam wycieczkę do Kazimierza w towarzystwie znajomego z bs, a być może pojadę tam sama na przeciw Ricardo i jego kolegi.
Wieczorem wysyłam do Rysia sms z potwierdzeniem, że jadę i będę w Kazimierzu lub Puławach. Oni zamierzają dojechać do Kazimierza około godz. 10.00.
Postanowione. Rano gonię do Kazimierza na spotkanie z kumplem z kirgiskiej ekipy. Fajnie będzie znowu się spotkać i razem popedałować. 
Nastawiam budzik na godz. 4.30, ale wstaje za kwadrans godz. 5.00. Spoglądam przez okno. Nie pada, a na dachu altanki nie ma szronu. Czyżby wbrew prognozom nie było przymrozku?
Ogarniam się, robię kanapki, picie w bidony, pakuję plecak i ruszam. Jest godz. 5.30. Poranek jest rześki, a nawet bardzo rześki. Jest jeden stopień na minusie. Mimo grubych skarpet marznę w nogi. Wiatr jest porywisty i zimny. Wieje lodem. Pierwsze 4 km jadę z wiatrem, przez kolejne 4 km wiatr jest boczny. Odbijam w kierunku Kocka i przez około 20 km mam wiatr w twarz. Dobrze, że ubrałam się na grubszą cebulkę i założyłam na koszulkę termiczną rowerową bluzę na długi rękaw. Wiatr przeszywa na wskroś.
Jadę w tempie poniżej oczekiwań. Czy udam mi się pokonać dystans 100 km w ciągu 4 godzin? Nie wiem, mam wątpliwości. Nogi mam jak z ołowiu, ledwo pedałuję, jakby zeszło ze mnie powietrze. Chciałam być w Kazimierzu przed Ryśkiem, zrobić kilka fotek przed ich przyjazdem i popedałować wspólnie do Lublina. Nie wiem co się dzieje, czy to wiatr jest przyczyną mojej niemocy, czy zmęczenie akcją "Sprzątamy przed świętami". A może jestem za grubo ubrana? Zatrzymuję się. Bluza ląduje w plecaku. Teraz jest mi o wiele luźniej i o wiele chłodniej. Brrryyy... Jednak to nie był dobry pomysł. Szkoda czasu na kolejny postój i przebieranie. Rozgrzeje się kręcąc energiczniejsze młynki.
Wyjeżdżam na drogę nr K-19. Teraz mam boczny wiatr. Powinno być lepiej, ale czy jest. Sama nie wiem. Może jadę w ciut szybszym tempie. Zamierzałam jechać do Kazimierza skrótem przez Moszczankę, ale w tej sytuacji nie wiem czy to dobry pomysł. Gdy zastanawiam się, czy dojadę na czas i czy mimo wszystko jechać rowerowym skrótem, dzwoni telefon. To Rysiek. Są około 50 km przed Kazimierzem. Ja mam na liczniku 53 km. Teoretycznie brakuje mi do Kazimierza 47 - 57 km w zależności od wyboru skrótu. Mówię, że nie wiem, czy dojadę do nich w Kazimierzu i co słyszę w odpowiedzi - "ciśnij, ciśnij!"
"Ciśnij!" - dobrze mu mówić. Jem batonik góralka mleczna, zapijam tymbarkiem jabłko-mięta i... cisnę. Skracam trasę, nie jadę do Moszczanki tylko odbijam na Sobieszyn, a stąd przez Baranów do Żyrzyna. W ten sposób zaoszczędzę około 10 km i może zdążę...
Mam sprzyjający wiatr. Powoli zaczynam się rozjeżdżać. Cisnę i żałuję, że nie mogę pozwolić sobie na fotkowe postoje. Za Sobieszynem mijam łąki zalane wodą, ależ widok, a ja jadę... Wrócę tu prawdziwą wiosną, będzie jeszcze piękniej.
Dojeżdżam do Puław. Pozostało mi ostatnie 14 km.
Za Puławami pan policjant mierzy moją prędkość na laserowym mierniku prędkości. Żałuję, że wykręciłam tylko 30 km/h, mogłam docisnąć.
W Bochotnicy mój fotograficzny temperament bierze górę. Wyjrzało słońce, tak pięknie oświetla drogę, żal byłoby tego nie uwiecznić.
Chwila i dojeżdżam do Kazimierza. Sprawdzam telefon. Rysiek nie dzwonił, czyżby jeszcze nie dojechali.
Gdy ustawiam Speca do fotki na tle hotelu Spichlerz przemykają drogą dwaj rowerzyści. Co mi tam - wołam - Rysiu, Rysieekkk!!! To oni.
Fajnie jest znowu widzieć kumpla z kirgiskiej ekipy. Poznaję Tomka - kolegę Ryśka. Razem jedziemy na rynek. Panowie zostają na śniadanie, a ja kręcę się po rynku robiąc fotki. 


Bardzo podoba mi się to zdjęcie. Moim zdaniem w tonacji retro jest ciekawsze.


Podglądam też kolegów
Jeszcze tylko pamiątkowa fotka przy Kazimierzowskiej studni i żegnamy urokliwe miasteczko nad Wisłą
Przez chwilę zastanawiam się, czy jechać z nimi, czy zostać, pozwiedzać... Czy ja będę w stanie jechać w ich tempie? Przecież Rysiek zapowiedział, że jadą z prędkością około 30 km/h. Jadę. Jest sprzyjający wiatr, a do Lublina tylko 50 km. Wprawdzie trasa usiana jest podjazdami, ale może dam radę. Zresztą, gdy sił zbraknie, pozostaje mi jeszcze charakter.
Na podjazdach Tomek nie miał sobie równych, świetnie jeździ. Na zjazdach obaj jechali jak szaleńcy :) Jednak poradziłam sobie. Trzymałam tempo, nie sięgałam do rezerw i myślę, że nie spowalniałam kolegów. Super się jechało.
W Lublinie jedziemy do mego zaprzyjaźnionego sklepu Metrobikes. To tu w ubiegłym roku kupiłam Speca i to tu już po świętach zgłoszę się z nim do serwisu. Spotykamy Grzesia, fajnie że dziś pracuje.
Rysio ogląda ostatni krzyk rowerowej mody, który zamierza nabyć.
Ja również wybieram coś dla siebie i jak stwierdził Rysio - teraz będę się ścigać jak biali ludzie. Zakup odbiorę po świętach, gdy przyjadę ze Specem na przegląd - nareszcie będę jak biały człowiek :)
Żegnam kolegów. Fajnie było się spotkać. Oni jadą na dworzec, a ja toczę się do domu.
Ricardo, Tomku - dziękuję za wspólną jazdę :)
Kategoria Wycieczki
W Romanowie u Józefa Ignacego Kraszewskiego
-
DST
204.79km
-
Czas
07:59
-
VAVG
25.65km/h
-
VMAX
37.03km/h
-
Temperatura
7.0°C
-
Sprzęt Specialized
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dzisiaj pojechałam na wycieczkę do Romanowa, gdzie od 1962 r. funkcjonuje muzeum jednego z najwybitniejszych i najbardziej interesujących osobowości XIX wieku - Józefa Ignacego Kraszewskiego. 
Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego w Romanowie mieści się we dworze
dziadków pisarza Malskich, u których pisarz spędził wiele lat dzieciństwa. Romanów leży koło miejscowości Wisznice między miastami Białą Podlaską a Włodawą.
W XVI w. Romanów i okoliczne dobra należały do Sanguszków.
Około 1640 roku książę Roman Sanguszko, hetman polny litewski zbudował
tu swoją posiadłość mały zameczek myśliwski. Okolica obfitowała w
lasy. Przez małżeństwo jego wnuczki Anny Radzimińskiej z wojewodą
bełskim Rafałem Leszczyńskim w 1620 roku, włości stały się własnością Leszczyńskich, a później Sapiehów, do których Romanów należał przez cały XVIII wiek. Teofila Sapieha i jej syn Aleksander sprzedali w roku 1801 dobra romanowskie o powierzchni 2500 ha Błażejowi
i Annie Malskim. W starym, siedemnastowiecznym parku, na miejscu
drewnianego domu myśliwskiego wznieśli w latach 1806-1811 klasyczny, murowany parterowy dwór z gankiem od frontu. Ich córka Zofia poślubiła Jana Kraszewskiego i 1846 roku zostali właścicielami posiadłościami Romanowa. Owocem tego związku był Józef Ignacy Kraszewski urodzony w Warszawie w 1812 roku.
Józef Ignacy Kraszewski dzieciństwo spędził w Romanowie w domu dziadków, a później jako uczeń
szkoły bialskiej często przyjeżdżał tu na wakacje. Był on przez całe swoje życie emocjonalnie najbardziej związany był
z tym miejscem.
W 1846 dobra
romanowskie przeszły w ręce rodziców pisarza, a po śmierci Jana
Kraszewskiego w 1864 r. odziedziczył je jego najmłodszy syn, brat Józefa
Ignacego, Kajetan Kraszewski,
malarz, rzeźbiarz, literat, muzyk i astronom oraz kolekcjoner antyków.
Zgromadził on w tutejszym dworze bogaty księgozbiór, liczący około 10
tys. tomów, w tym liczne starodruki i rękopisy, bardzo ciekawą kolekcję
historycznych portretów polskich z XVI-XVIII w., zbiór broni i innych
pamiątek historycznych. W zbiorach romanowskich znajdował się niemal
komplet wszystkich ówczesnych wydań dzieł Józefa Ignacego Kraszewskiego oraz
kilkanaście namalowanych przez niego obrazów.
A tak sam pisarz
opisuje rezydencję swojego brata: „Na rozległej płaszczyźnie ciągnącej się ponad Bugiem w Podlasiu
dawnym, jest majętność zwana Romanowem. Piękne to miejsce o tyle, ile
bez biegnącej wody i gór może być kraj jaki pięknym. Zdobią okolice i
osadę samą lasy starych bardzo drzew, jedna z najcenniejszych ozdób, bo
jej za żadne pieniądze dostać nie można (...). Na małym wzgórku wznosi
się nowy, murowany dom mieszkalny, poważny, milczący, przed któren
zajeżdża się okrążając dziedziniec otoczony zewsząd drzewy, zamknięty z
jednej strony długimi, drewnianymi oficynami z drugiej strony
odpowiadającymi im stajniami. Dookoła tych zabudowań i obszernego,
cienistego ogrodu ciągną się kanały, otoczone olszami starymi, a każda
prawie z nich nosi na sobie gniazdo bocianie. Od ganku wychodzącego na
ogród, wzdłuż przezeń idzie ulica z ogromnych starych jodeł posępnie
zawsze szumiących. Po bokach ciągną się szpalery z lip i grabów, a
przestrzenie między nimi znajdują się rozrzucone tam i sam grusze,
wieczne odwieczne kasztany i lipy.”
Kajetan Kraszewski był człowiekiem z bardzo szerokimi zainteresowaniami. Zorganizował w
romanowskim dworze obserwatorium astronomiczne z wyposażeniem
sprowadzonym z Monachium, Berlina, Wiednia i Paryża, a w samym majątku wprowadził nowoczesną gospodarkę rolną, zakupił
maszyny rolnicze, założył ogrody, ananasarnię i oranżerię. Po jego
śmierci Romanów stał się własnością syna, Bogusława Kraszewskiego, który
kontynuował kolekcjonerską działalność ojca.
Zmarł w 1914 r., a majątek stał się własnością jego córek, Marii i
Pauliny, pozostając w ich rękach do 1945 roku. Paulina wraz z mężem
Janem Rościszewskim byli ostatnimi właścicielami dóbr. Sprzedawszy
majątek, wyjechali oni z Romanowa w czerwcu 1939 roku. Wystawiony także
na sprzedaż dwór opustoszał. W 1943 roku grupa partyzantów złożona ze
zbiegłych z niewoli niemieckiej jeńców radzieckich podpaliła dwór, by
nie dopuścić do osadzenie tu posterunku żandarmerii.
Losy niszczejącego przez lata zabytku odmieniła uchwała Wojewódzkiej Rady Narodowej w Lublinie z dnia 23 grudnia 1958 roku, powołująca Muzeum Józefa Ignacego
Kraszewskiego w Romanowie. Odbudowując dwór po pożarze w 1858 r.
Kraszewscy powiększyli go przez dodanie piętra. Dawny ganek zastąpiono
portykiem czterema kolumnami toskańskimi wspierającymi balkon z kamienną
balustradą. Na frontowym szczycie umieszczono kartusz z herbem Kraszewskich – Jastrzębcem .
Dwór palił się jeszcze dwukrotne w 1914 i 1943 r. Po ostatniej wojnie
odrestaurowano go w latach 1959-1962 i z inicjatywy nieżyjącego już
włodawskiego nauczyciela Wacława Czecha zorganizowano w nim muzeum
biograficzne Józefa Ignacego Kraszewskiego. Dwór odbudowano w kształcie,
jaki nadał mu Kajetan i 28 lipca 1962 roku, w sto pięćdziesiątą
rocznicę urodzin autora Starej baśni muzeum otwarto.
Dwór romanowski zbudowany przez Malskich na początku XIX wieku,
postawiono na piwnicach starszego budynku, być może dworu Sapiehów. Była
to początkowo budowla parterowa, murowana, z okazałym gankiem.
Mieszczące muzeum wnętrza mają układ symetryczny, z dużą kwadratową
sienią od strony podjazdu i prostokątnym salonem od strony ogrodu, gdzie
znajduje się również taras. Dwór otacza XVIII-wieczny park o
charakterze regularnego ogrodu włoskiego. Ma on kształt prostokąta i
niegdyś obwiedziony był kanałem, dziś wyschniętym. Zachowała się aleja
świerkowa. Do parku prowadzi neogotycka brama z połowy XIX w., z półkolistą basztą o wąskich okienkach po
jednej stronie i zwieńczonym krenelażem słupem, na którym zawieszono
kratę bramną. Przy bramie leżą dwa duże kamienie. Godnym uwagi obiektem
jest znajdująca się na obrzeżu parku klasycystyczna kaplica św. Anny z początku XIX w., ufundowana przez Konstancję z
Grochowskich Nowowiejską (matkę Anny, żony Błażeja Malskiego, czyli
prababkę sławnego pisarza). W późniejszym okresie kaplicę zamieniono na mauzoleum rodziny Kraszewskich. Jest to budowla na rzucie koła, z apsydą, dwoma ryzalitami, portykiem
kolumnowym oraz dachem w kształcie kopuły. W ściany kaplicy wmurowano
sześć ozdobionych herbami epitafiów dziedziców Romanowa i członków ich
rodzin: Wojciecha Nowowiejskiego (męża fundatorki), Jana Kraszewskiego,
jego żony Zofii z Malskich, Kajetana Kraszewskiego, jego żony Marii z
Rulikowskich oraz Krzysztofa Kraszewskiego.















Po prostu pięknie. Z pewnością tu jeszcze wrócę.
Kategoria Wycieczki, Ciekawa Lubelszczyzna
Śladami Generała Kleeberga i jego żołnieży
-
DST
129.59km
-
Czas
05:09
-
VAVG
25.16km/h
-
VMAX
40.52km/h
-
Temperatura
4.0°C
-
Sprzęt Specialized
-
Aktywność Jazda na rowerze
Prognozy pogody na sobotę nie były łaskawe dla rowerzystów. Miało padać... Jednak sobotni poranek nie wróżył deszczu. Wstałam przed wschodem słońca. Nie padało. Pomyślałam, że może by tak odwrócić kolejność sobotnich czynności - skoro prognozują opady, to może pognać na rower, a po - zająć się domem i obowiązkami i... Przed godz. 7.00 byłam na rowerze. Jadę na sobotnią setkę. Falstart i powrót do domu po aparat. Urzekł mnie wschód słońca. I wtedy zrodził się pomysł wycieczki do Kocka. To w okolicach Kocka rozegrała się od 2 do 6 października1939 roku ostatnia bitwa kampanii wrześniowej pomiędzy oddziałami polskiej Samodzielnej Grupy Operacyjnej "Polesie" gen. Franciszka Kleeberga a niemieckimi oddziałami XIV Korpusu Zmotoryzowanego gen. von Wietersheima.
Taktycznie bitwa była zwycięska dla Polaków, jednak strategicznie
wygrali Niemcy. Była to ostatnia bitwa kampanii wrześniowej stoczona
przez regularne wojsko.
Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie” pod dowództwem gen. bryg.
Franciszka Kleeberga, dowódcy IX Okręgu Korpusu w Brześciu nad Bugiem,
powołana została przez Sztab Generalny Naczelnego Wodza 9 września 1939
r. Pierwotnie zakładano, że jej głównym celem będzie osłona północnego
odcinka frontu na linii Brześć-Pińsk przed niemieckim manewrem
okrążającym. W pierwszej fazie walk przeciwnikiem SGO „Polesie” był XIX
Korpus Pancerny gen. Heinza Guderiana, twórcy niemieckiej broni
pancernej.
Od 14 do 16 września wchodząca w skład SGO „Polesie” dywizja „Kobryń”
oraz załoga twierdzy w Brześciu skutecznie opierały się pancernych
oddziałom Guderiana, które wspierała Luftwaffe. Mimo dużej dysproporcji
sił Niemcom nie udało się dokonać wyłomu w polskich liniach obronnych. W
trakcie walk Grupę wzmocniło m.in. ok. 30 czołgów lekkich z Brześcia,
jednostki kawalerii, artylerii, spieszeni marynarze Flotylli Pińskiej
oraz żołnierze KOP. Liczebność SGO „Polesie” szacowana jest na ok. 18-20
tys. żołnierzy. Sowiecki atak na wschodnie terytoria Rzeczypospolitej,
który nastąpił 17 września 1939 r., całkowicie zmienił sytuację i cele
działania SGO „Polesie”. Odtąd oddziały WP walczyły już z dwoma,
znacznie silniejszymi przeciwnikami. Gen. Kleeberg zdecydował przebijać
się na zachód z odsieczą oblężonej Warszawie. Polskie jednostki miały
uzupełnić uzbrojenie i amunicję ze składnicy w Stawach koło Dęblina. W
dniach 29-30 września oddziały z 60 Dywizji Piechoty (wcześniej dywizja
„Kobryń”) płk. Adama Eplera stoczyły zwycięskie walki z oddziałami
sowieckimi, zadając im ciężkie straty pod Jabłoniem i Milanowem. 29
września oddziały SGO „Polesie” w okolicach Włodawy przeprawiły się
przez Bug. W pierwszym dniu października operowały już w rejonie
Radzynia i Kocka. Na Lubelszczyźnie ich przeciwnikiem była niemiecka 13
Dywizja Piechoty Zmotoryzowanej oraz inne oddziały wchodzące w skład XIV Korpusu
Zmot. gen. Gustava von Wietersheima. Rozpoczęły się zmagania, które
znamy jako bitwa pod Kockiem, rozgrywające się w okolicy Adamowa,
Charlejowa, Helenowa i Serokomli. W ostatniej fazie zacięte walki
toczyły się w rejonie klasztoru i cmentarza w Woli Gułowskiej. Jeszcze 5
października żołnierze 60 Dywizji Piechoty i kawalerzyści natarli na
lewe skrzydło niemieckiej 13 DPZmot, osiągając taktyczne zwycięstwo. Po
kilkudniowych, zaciętych walkach polskim oddziałom skończyła się
amunicja do dział ppanc oraz broni ręcznej. Brakowało również prowiantu i
środków medycznych dla rannych. Gen. Kleeberg podjął dramatyczną
decyzję o kapitulacji.
Wieczorem 5 października 1939 r. napisał
swój ostatni rozkaz: „Żołnierze! Z dalekiego Polesia, znad Narwi, z
jednostek, które oparły się w Kowlu demoralizacji – zebrałem Was pod
swoją komendę, by walczyć do końca. (…) Wykazaliście hart i odwagę w
czasie zwątpień i dochowaliście wierności Ojczyźnie do końca. Dziś
jesteśmy otoczeni, a amunicja i żywność są na wyczerpaniu. Dalsza walka
nie rokuje nadziei, a tylko rozleje krew żołnierską, która jeszcze
przydać się może. Przywilejem dowódcy jest brać odpowiedzialność na
siebie. Dziś biorę ją w tej najcięższej chwili – każąc zaprzestać
dalszej bezcelowej walki, by nie przelewać krwi żołnierskiej nadaremnie.
Dziękuję Wam za Wasze męstwo i Waszą Karność, wiem, że staniecie, gdy
będziecie potrzebni. Jeszcze Polska nie zginęła. I nie zginie”.
6 października 1939 r. treść pożegnalnego
rozkazu gen. Kleeberga odczytano żołnierzom SGO „Polesie”. Przed
honorową kapitulacją na dziedzińcu pałacu w Kocku, żołnierze zniszczyli
lub zakopali część uzbrojenia, aby nie dostało się w ręce wroga. Polskie
straty pod Kockiem szacuje się na ok. 250-300 zabitych. Do niewoli
niemieckiej trafiło ponad 16 tys. żołnierzy i oficerów. Po zakończonej
bitwie gen. Kleeberg dostał się do niewoli niemieckiej. Przetrzymywany
był w Oflagu IVB w twierdzy Koenigstein koło Drezna. Ciężko chorował na
serce. Zmarł 5 kwietnia 1941 r. w szpitalu wojskowym w Weisser Hirsch.
Pochowany został na cmentarzu w Neustadt w Dreźnie. W trzydziestą
rocznicę bitwy pod Kockiem szczątki gen. Kleeberga przewiezione zostały
do Polski i złożone na cmentarzu wojennym w Kocku. Gen. Franciszek
Kleeberg odznaczony był m.in.: Orderem Virtuti Militari kl. III i V,
Orderem Polonia Restituta kl. IV oraz czterokrotnie Krzyżem Walecznych.
W Kocku byłam w ubiegłym roku, ale nie dotarłam na cmentarz wojskowy.
A tak wyglądał wspomniany wcześniej wschód słońca
Jadąc do Kocka zatrzymuję się w miejscowości Tchórzew, przy kamieniu gen. Kleeberga.
Dojeżdżam do Kocka. Jadę na cmentarz wojenny. Znajduje się on na obrzeżach miasta, przy drodze nr 48 prowadzącej do Moszczanki.


Na chwilę zatrzymuję się przed pomnikiem gen. Kleeberga
Chmurzy się coraz bardziej. Wracam do domu. Następnym razem pojadę do Adamowa,
Charlejowa, Helenowa, Serokomli i Woli Gułowskiej, będę podążać śladami generała i jego żołnierzy.
P.s.
Jednak prognozy się sprawdziły. Do domu wróciłam przy siąpiącej mżawce przechodzącej w deszcz.
Kategoria Wycieczki
Stadnina Koni w Janowie Podlaskim
-
DST
226.11km
-
Czas
08:42
-
VAVG
25.99km/h
-
VMAX
43.43km/h
-
Temperatura
5.0°C
-
Sprzęt Specialized
-
Aktywność Jazda na rowerze
Pomysł zrodził się spontanicznie w czasie wczorajszej bezsennej nocy. W sobotni poranek jadę do Stadniny Koni w Janowie Podlaskim.
Nie analizuję mapy, nie ustalam trasy, nie mam na to czasu. Wiosną ubiegłego roku jadąc w Pięknym Wschodzie (a także latem jadąc trasą maratonu) przejeżdżałam przez Jadów Podlaski. Wówczas nie mogłam sobie pozwolić na korektę trasy, ale postanowiłam, że tu kiedyś wrócę.
Więc... Postanowione. Jadę "skrótem" - trasą Pięknego Wschodu, a wracam przez Białą Podlaskę. Dystans do Janowa Podlaskiego jest jak ciastko z niespodzianką - nie pamiętam ile kilometrów będę musiała pokonać zanim dotrę do celu.
Wyjeżdżam z domu o godz. 8.00. Termometr wskazuje 0 stopni. Jest rześko, ale dzień zapowiada się pogodny. Zabieram jedną kanapkę, dwa tłustoczwartkowe pączki i bidon z piciem - woda z sokiem truskawkowym. Po drodze, w jednej z mijanych wsi zatrzymuję się przy aucie - obwoźnej piekarni. Przede mną w kolejce stoją dwie starsze Panie. Jedna z nich, mówi: "Proszę chłopcze kupuj pierwszy, może ci się spieszy". Ach, ta kominiarka. Znowu zostałam chłopakiem. Kupuję dwie drożdżówki z dżemem, dziękuję miłym Paniom, żegnam się i odjeżdżam. Ciekawe, co pomyślały, gdy usłyszały mój głos?
Mijam większe miejscowości - Komarówkę Podlaską, Międzyrzec Podlaski. W Międzyrzecu Podlaskim wjeżdżam na drogę K-19 i wkrótce jestem w Województwie Mazowieckim. Jadę w kierunku Białegostoku. Mijam Łosice.



Droga zaczyna falować - lekki podjazd, zjazd. Wiatr mi sprzyja. Pedałuje się bardzo przyjemnie. W Sarnakach odbijam na Białą Podlaskę i po kilkunastu kilometrach znowu jestem w Województwie Lubelskim.


Dojeżdżam do Janowa Podlaskiego. Licznik wskazuje 124 km. 
Jeszcze tylko 2 km i jestem u celu.






A to główni bohaterowie mojej wycieczki.... 



Piękne....

I jeszcze raz... Konie są niesamowite....


Nie tylko ja przyjechałam nacieszyć się konikami :)
Pora wracać...
Zmienia się kierunek wiatru. Praktycznie do samego domu będę miała wiatr w twarz. Wyjeżdżam z Janowa i zaczyna prószyć biała kasza. A w piątek tak pięknie umyłam Speca. Na szczęście przed Białą Podlaską przestaje padać.
Zatrzymuję się na krótką chwilę w Białej Podlaskiej. Kiedy ja tu ostatnio byłam... Dawno, dawno temu....

Moja wycieczka dobiega końca, pozostało jedynie wrócić do domu. To był piękny dzień.
KONIEC
Kategoria Wycieczki, Rekordy
Zimowa wycieczka
-
DST
60.58km
-
Czas
03:40
-
VAVG
16.52km/h
-
VMAX
30.60km/h
-
Temperatura
-5.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Przyszła zima! Nareszcie jest biało! Zwykła przejażdżka doskonale znaną trasą zamieniła się w urokliwą zimową wycieczkę.
Jakże inaczej wyglądał dzisiaj mój hardkorowy odcinek.


Dalsza trasa...
mgła...
pogodnie...
A to już leśna ścieżka,
Scott brodzący w śniegu...
i zimowe piękności - niby zwyczajne trawy, a jakże niezwyczajne w tej zimowej scenerii...

Kategoria Wycieczki
Kirgiska ekipa plus
-
DST
73.65km
-
Teren
8.00km
-
Czas
04:07
-
VAVG
17.89km/h
-
VMAX
31.00km/h
-
Temperatura
20.0°C
-
Sprzęt Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Ważne są miejsca, które odwiedzamy, ale najważniejsze są osoby, z którymi dane jest te miejsca odwiedzać.
Kirgistan był piękną przygodą. Historią stworzoną przez wyjątkowych ludzi - naszą kirgiską ekipę. Wyprawa dobiegała końca, a my nie chcieliśmy, aby ta historia zakończyła się na lotnisku w Biszkeku krótkim "cześć". Postanowiliśmy, że spotkamy się u mnie po powrocie do kraju. Ustaliliśmy datę na pierwszy weekend października.
Wieczorem 2 października znowu byliśmy razem. Rozmowom i wspominkom nie było końca. Następnego dnia pojechaliśmy na rowerową wycieczkę. Zaplanowałam trasę i zamówiłam słoneczną pogodę. Do kirgiskiej ekipy dołączył nowy kompan - Starszy. W ten sposób staliśmy się kirgiską ekipą plus.
Pojechaliśmy na leśną ścieżkę. 
Przejechaliśmy pierwszą część ścieżki i odbiliśmy w las. Ja po raz pierwszy od ponad trzech lat jechałam na Giancie.
Rysia kusiły grzyby :)
Jedni dziarsko pedałowali, a drudzy gadali i gadali...
Jednak dołączyli do ekipy :)
Przez las dojechaliśmy nad jezioro w Jedlance.
Kolegów urzekła cisza i spokój.
A mnie park linowy i plac zabaw dla dzieci.
Z Jedlanki pojechaliśmy nad Jezioro Białe.
A stąd na ścieżkę, gdzie w pobliżu Jeziora Obradowskiego rozpaliliśmy ognisko i upiekliśmy pieczyste z kurczaka i czerwonej papryki. Tym razem Darek wybył na grzyby, a reszta pilnowała pieczystego :)
Pieczyste z kurczaka i pieczona papryka smakowały wybornie, albo byliśmy aż tak głodni :)
To był piękny dzień.
Kategoria Wycieczki
Scott z wizytą w Białymstoku
-
DST
222.55km
-
Czas
09:18
-
VAVG
23.93km/h
-
VMAX
44.70km/h
-
Temperatura
19.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Przynajmniej raz w roku mój Scott odwiedza swoje rodzinne miasto Białystok. 
To właśnie w Białymstoku w kwietniu 2012r. kupiłam Scotta, oczywiście w - moim zdaniem - najlepszym sklepie patronackim Scotta przy ul. Sukiennej, u najlepszego sprzedawcy i serwisanta - Grzegorza.
Scott do Białegostoku podróżuje w aucie. Jedziemy ze Starszym. Zabrałam ze sobą małą sakwę, do której zapakowałam rowerowe ubrania. Zamierzam do domu wrócić rowerem. Starszy wróci sam, a ja zrobię sobie wycieczkę.
Do sklepu docieramy z około półgodzinnym opóźnieniem, o godz. 10.30. W kościele Św. Rocha odbywają się uroczystości upamiętniające 5 rocznicę katastrofy smoleńskiej. Ulice w rejonie kościoła, którymi dojeżdżamy do ul. Sukiennej są zamknięte. Dojazd do nich blokują radiowozy policji. Robimy dwa kółeczka i nareszcie udaje się dojechać do celu.
Scott ląduje na wieszaku. Grzegorz wstępnie sprawdza, które części trzeba wymienić. Jest ich dużo, bardzo dużo... Sponiewierałam swego Scotta przez zimę. Chwilę rozmawiamy. Starszy jedzie do domu, Grzegorz z Pawłem zajmują się Scottem, a ja ruszam w miasto. Mam do dyspozycji niewiele ponad 2 godziny.
Nie jestem logistycznie przygotowana na zwiedzanie Białegostoku, zresztą mam za mało czasu na dokładne poznanie miasta. Wybieram to, co przyciąga turystów - Pałac Branickich, który jest wizytówką Białegostoku. 
Idę przez Plac Uniwersytecki. Wznosi się nad nim olbrzymi pomnik z napisem: "Bóg Honor Ojczyzna".
Obok znajduje się budynek Uniwersytetu.
Docieram na Rynek Kościuszki.
Bardzo ładnie.
Znajduję na Rynku "coś", co przywołuje w mojej pamięci wspomnienia z ubiegłorocznej wyprawy do Włoch. 
Idę w stronę Archikatedry.
Nie wchodzę do środka. Może podczas kolejnego pobytu w Białymstoku uda się zwiedzić Archikatedrę. Dzisiaj oglądam ją z zewnątrz.
Wygląda imponująco.
W ten sposób docieram do Pałacu Branickich. Wchodzę bocznym wejściem od strony Archikatedry.
Jeszcze kilka kroków i jestem na dziedzińcu.
Oglądam...

... spaceruję...
... podziwiam...
... zaglądam przez bramę...
... cieszę oczy...
Oglądam Pałac ze wszystkich stron.
I jeszcze raz w innym kadrze.... nie mogę się zdecydować, które zdjęcie wybrać...
Z tyłu Pałacu znajduje się ogród...
... altana...
Pałac swoją wielkością robi wrażenie. Mogłabym tak spacerować i spacerować, ale muszę wracać. Do godz. 14.00 pozostało niewiele czasu.
Ponownie przechodzę przez Rynek Kościuszki. Moją uwagę przykuwa napis "Smocze naleśniki". Wchodzę. Jakże urokliwy lokal.
Naleśniki robiłam wczoraj i liczę, że po powrocie do domu zostanie choć jeden :) Zamawiam "smocze pierogi ruskie". Bardzo lubię ruskie pierogi, a smoczych jeszcze nie kosztowałam :) Porcja jest na prawdę smocza.
Pierogi smakowały wybornie. Do tego herbata Earl Grey i było pysznie.
Idę przez centrum. Mijam osobliwy i bardzo przyjemny dla oka pomnik Pinokia.
Moim punktem orientacyjnym jest kościół Św. Rocha.
Białystok to bardzo ładne miasto, a do tego przyjazne rowerzystom. Ścieżki rowerowe, rowery miejskie, rowerzyści na ulicach... Tak wygląda białostocka rzeczywistość rowerowa.
Kwadrans przed godz. 14.00 docieram do sklepu. Chłopaki krzątają się jeszcze przy Scottcie. 
Pozostało złożyć go w całość.
Grzegorz mówi, że pracowali nad nim we trzech. On wie, że chcę wracać do domu rowerem i dlatego zależy mu aby jak najszybciej zakończyć serwis. Przede mną dystans 200 km.
Gdy Scott jest prawie gotowy ja chcę się przebrać w rowerowe ubrania. Wchodzę do przymierzalni. Wyjmuję z sakwy kurtkę i reklamówkę z drobnymi rzeczami - spodnie, czapka, rękawiczki, kominiarka. Zaglądam do reklamówki i konsternacja! Szok! Zamieniłam reklamówki i w sakwie wylądowała reklamówka z innymi reklamówkami, a reklamówka z rzeczami została w domu! Wczoraj pakowałam rzeczy koło północy, byłam bardzo zmęczona i .... W ten sposób zaczęły się moje białostockie przygody.... cdn
Kategoria Wycieczki






