Basik prowadzi tutaj blog rowerowy

Mazurskie kaprysy

  • DST 110.67km
  • Temperatura 17.0°C
  • Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 11 lipca 2014 | dodano: 13.07.2014

Miało być słonecznie i pogodnie, a poranek przywitał nas ciemnymi chmurami...

Wstajemy rano, przed godziną 7.00. Chcemy wyjechać w dalszą drogę po śniadaniu, po godz. 8.00. Śniadanie jemy jak rowerowi burżuje w barze w stanicy :) Panowie zamawiają jajecznicę i parówki, a ja naleśniki z jabłkami. Pyszota :)))
Naszym dzisiejszym celem jest Jezioro Śniardwy. Jest zimno. Temperatura spadła do 18 stopni. W ciągu dnia ochłodzi się jeszcze bardziej, niestety... Nie przygotowałam się na takie pogodowe kaprysy. Nie zabrałam kurtki przeciwdeszczowej i ciepłych ubrań. Przecież miało być pogodnie i słonecznie! Koledzy będą mieli pecha, nie nacieszą się moim towarzystwem na trasie. Aby się rozgrzać muszę jechać własnym tempem. Jedziemy do Węgorzewa. Ja na zmianę oddalam się od grupy, to czekam na nich. Mam wyrozumiałych kolegów - akceptują moją odmienność rowerową i nie czynią mi już żadnych uwag :)
Węgorzewo wita nas taką oto ciekawostką architektoniczną :)

Z Węgorzewa ścieżką rowerową jedziemy do Ogonek nad Jeziorem Święcajto. Wszędzie są żaglówki....

Cały czas jedziemy asfaltem, droga główną. Dojeżdżamy do Giżycka. Tu robimy sesję zdjęciową nad Jeziorem Niegocin.

I jeszcze takie coś w stylu Kapitana Nemo....

Zastanawiamy się jaką wybrać trasę i którędy jechać nad Jezioro Śniardwy :)

Wybór pada na Orzysz :))) Jedziemy drogą krajową K-16. Ruch jest duży. Nie powiem, abym była zachwycona taką trasą, ale cóż lepiej włóczyć się z sakwami nawet krajówką, niż jechać autem autostradą :) Jadę sama. Podoba mi się ukształtowanie drogi - pod górkę, z górki i tak całą trasę do Orzysza. Na rogatkach miasta przyciąga mnie reklama baru "Krzyś" - obiady domowe. Może być pysznie - myślę i bez zastanowienia parkuję swoje rowerowe autko przed lokalem. Gdy jem zupę (kapuścianą - przepyszną) dojeżdżają koledzy. Zamawiają domowe danie i już posileni i wzmocnieni jedziemy do Okartowa. Tu mamy nocować. W Okartowie wstępujemy na rybkę do Zajazdu Stara Szekla.

Dojeżdżamy na pole namiotowe nad Śniardwym. Ja czuję niedosyt jazdy. Zostawiam sakwy i na lekko robię jeszcze około 27 km. Jadę krajówką K-16. Mijają mnie wyłącznie auta osobowe i niewielkie ciężarowe. Może to za przyczyną tego wiaduktu ?

Po powrocie czeka na mnie niespodzianka. Koledzy rozbili mój namiot. Wyrozumiałe i dobre z nich chłopaczyska :)

A wieczorem rozmowom nie ma końca.... Czy ważna jest pogoda w takim miłym towarzystwie ? :)



Kategoria Wycieczki

Mazurzenie, nie mylić z marudzeniem!

  • DST 95.55km
  • Temperatura 27.0°C
  • Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 10 lipca 2014 | dodano: 13.07.2014

Znowu jestem na Mazurach i jak zwykle zatrzymuję się u Joli i Marka w Pieckach. Marek już w ubiegłym roku rzucił hasło wspólnego czterodniowego mazurzenia po Wielkich Jeziorach. Jedziemy we czworo - Marek, Darek, Janusz i ja.

Naszym celem są Wielkie Jeziora. Dziś chcemy dotrzeć nad Mamry. Jest pięknie - słońce, lekki wiaterek, rower, sakwy. Czy można chcieć czegoś jeszcze?
Jedziemy drogą asfaltową w kierunku Mikołajek. Rozmawiamy. Ja jestem bardzo zadowolona - nareszcie jadę z sakwami i spędzę cztery dni na rowerowej włóczędze! Cieszę się jazdą, tym, że jestem znowu na Mazurach. Nawet nie wiem kiedy koledzy zostają w tyle, a ja pędzę, pędzę... Po dłuższej chwili zauważam, że jadę sama. Zatrzymuję się. koledzy dojeżdżają i właśnie wtedy się zaczęło. Marek miał pierwszą awarię roweru - odkręcił się pedał :( Na szybko dokręcił ladacucha i jedziemy dalej.
Odbijamy w las. Jedziemy do Nadleśnictwa Strzałowo. Tu zatrzymujemy się na chwilę. Marek poprawia pedał :)

Mijamy miejscowości o dziwnie brzmiących nazwach - Zewłągi, Faszcze, Cudnochy, Jora Wielka, Notyst Wielki, Wejdyki. A jakimi jedziemy drogami! Szutr, piach, bruk. Jest urokliwie :)

Trochę jedziemy, trochę prowadzimy rowery. Gdy wyjeżdżamy na asfalt staram się jechać z kolegami, ale nogi same mnie niosą i nawet nie wiem kiedy co chwila odłączam się od grupy.
W Wejdykach wjeżdżamy na drogę główną. Darek zaznacza, że jest drugi, zaraz za mną :) Dojeżdżamy do Rynu. Robimy fotkę przed zamkiem, aktualnie hotelem.

Dojeżdżamy do Starej Rudówki, a stąd urokliwą szutrową drogą wijąca się miedzy polami do Prażmowa. Jest cudownie - pod górkę i z górki. Jak ja lubię taką jazdę :)
Asfaltem dojeżdżamy do Kozina - wypoczynkowej miejscowości usianej domkami letniskowymi. Zatrzymujemy się na mały postój i dostaje reprymendę od Marka za niesubordynację - jadę za szybko, a mieliśmy jechać w grupie. Z pokorą przyjmuje razy, obiecuję, że się postaram i dalej jadę po swojemu :) Koledzy będą musieli zaakceptować moją rowerową niezależność, lub dotrzymać mi kroku :)
W Bogaczewie nie mogę oprzeć się urokliwemu widokowi na Jezioro Niegocin i miejscowość Rydzewo położoną na drugim brzegu.

Kolejny postój w Wilkasach i .... kolejna awaria roweru Marka :( Tym razem stracił dwie szprychy. Telefon do znajomej, wyjazd do serwisu w Giżycku i nareszcie jedziemy dalej. Biedny Marek, ale trzyma się dzielnie, nadal mazurzy, nie marudzi :)
Obieramy kierunek na Kętrzyn. Jedziemy wzdłuż Jeziora Kisajno. Dojeżdżamy do Kamionek. Tu robimy zakupy :)

Z Kamionek jedziemy do Doby nad Jeziorem Dobskim, a stąd moją ulubioną brukową drogą do Radziei. Jechałam już tą drogą dwa lata temu i doskonale wiedziałam co nas czeka.....
Ku radości wszystkich dojeżdżamy do Kietlic i zatrzymujemy się na noc w Stanicy Wodnej. Jesteśmy nad Jeziorem Mamry.

Rozbijamy namioty...

Wieczorem rozpalamy ognisko, gadamy, żartujemy.... Czas zatrzymał się w miejscu, liczy się tylko tu i teraz....



Kategoria Wycieczki

Ciocine złote mysli :)

  • DST 32.87km
  • Czas 01:12
  • VAVG 27.39km/h
  • VMAX 36.20km/h
  • Temperatura 28.0°C
  • Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 8 lipca 2014 | dodano: 08.07.2014

Po powrocie z pracy miałam zrobić to, to, to i jeszcze to.... Zrobiłam to, to i przypomniały mi się słowa mojej Cioci: "Dziecko, jak masz dużo pracy, to najpierw odpocznij, poleż, pośpij, a wszystko się zrobi..." W ten sposób o godz. 18.38 poleciałam na rower, a po powrocie zrobiłam jeszcze to i tamto - wszystko co miałam do zrobienia :) Ciocia miała rację. Morał z tego taki, że trzeba słuchać starszych :))))


Kategoria Po pracy

Dla zdrowotności

  • DST 54.59km
  • Czas 02:18
  • VAVG 23.73km/h
  • VMAX 31.50km/h
  • Temperatura 30.0°C
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 6 lipca 2014 | dodano: 06.07.2014


Dzisiaj chciałam tylko rozprostować nogi i chwilę popedałować. Wybrałam trasę treningowego kółeczka. Zabrałam ze sobą telefon - w planach miałam rozmowę z przyjaciółką, tak przy okazji :) Pogadałam i chciałam zająć się średnią. No właśnie - chciałam i na tym się skończyło... Zadzwonił telefon i jak się rozgadałam, to gadałam połowę trasy. Dzięki temu dzisiejszy spacer był tylko i wyłącznie dla zdrowotności - delikatnie i powolutku, ot tak noga za nogą, aby nie sponiewierać serducha :)


Kategoria Po pracy

Zadowolony ktoś :)))

  • DST 71.92km
  • Czas 02:53
  • VAVG 24.94km/h
  • VMAX 34.90km/h
  • Temperatura 26.0°C
  • Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 4 lipca 2014 | dodano: 05.07.2014

Był zadowolony rowerzysko, zadowolona rowerzystka, a teraz przyszła pora na zadowolonego Kogoś :))) Kogo? Nie wiem, może kogoś kto zagląda na mój blog.
Pogoda od kilku dni prowokuje do rowerowania. Po pracy na wycieczkę nie ma czasu, ale na krótki spacerek co nie co się znajdzie. Podobnie, jak wczoraj, pognało mnie do lasu na ścieżkę rowerową. Jaka tam cisza i spokój! Jak ja lubie takie klimaty :)


Kategoria Po pracy

Zadowolona rowerzystka :))

  • DST 76.62km
  • Czas 03:24
  • VAVG 22.54km/h
  • VMAX 34.20km/h
  • Temperatura 24.0°C
  • Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 3 lipca 2014 | dodano: 03.07.2014

W taki sposób jest nas dwoje :) Zadowolone rowerzysko i zadowolona rowerzystka :))
Nareszcie po kilkudniowej przerwie udało mi się wyrwać na rower. Jak tu nie być zadowoloną - piękna pogoda, rower nie skrzypi i urlop tuż tuż. A dzisiaj korzystając z chwili rowerowej wolności połączyłam przyjemne z przyjemnym i pożytecznym - nagadałam się ze znajomymi za wszystkie czasy i jeszcze trochę :)



Zadowolone rowerzysko :)

  • DST 54.59km
  • Czas 02:20
  • VAVG 23.40km/h
  • VMAX 34.60km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 28 czerwca 2014 | dodano: 29.06.2014

Pięknie umyty, łańcuszek nasmarowany. Nic dodać, nić ująć, po prostu - zadowolone rowerzysko!

Ps
Po dodaniu wpisu zauważyłam, że pokonałam identyczny dystans, jak dzień wcześniej :)
Nic dodać, nic ująć, tylko się uśmiechnąć :)))


Kategoria Po pracy

Biedne rowerzysko :(

  • DST 54.59km
  • Czas 02:25
  • VAVG 22.59km/h
  • VMAX 32.50km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 27 czerwca 2014 | dodano: 27.06.2014

Chciałam choć na chwilę wyrwać się na rower. Ja chciałam, ale mój rower niekoniecznie miał ochotę na przejażdżkę. Biedaka nie umyłam jeszcze po ekstremalnych doznaniach na Grassorze. Obłocony jest okrutnie, a jak biedaczysko skrzypiało. Nie miałam sumienia wysłuchiwać tych jęków. Zawróciłam. Jutro szorowanie i mój Scott będzie lśnił.


Kategoria Po pracy

XII Ekstremalne Zawody na Orientację Grassor. Lubrza 21-22.06.2014r.

  • DST 234.60km
  • Teren 200.60km
  • Czas 15:27
  • VAVG 15.18km/h
  • VMAX 39.90km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 21 czerwca 2014 | dodano: 25.06.2014

Po godz. 6.00 budzą mnie odgłosy krzątaniny dochodzące z noclegowni - sali gimnastycznej. Leżąc w śpiworze myślę, jak fajnie, że tu jestem. Czeka mnie niesamowita przygoda w pięknych okolicznościach przyrody Pojezierza Łagowskiego i Puszczy Lubuskiej.
Wracam do mojego kącika na sali gimnastycznej. Toaleta, śniadanie i kontrolne wyjście na zewnątrz. Całkiem rześki poranek :)
Jurek jeszcze śpi. Jest dopiero godz. 8.00. Co robić? Wracam do śpiwora.
Na sali robi się coraz gwarniej. Docierają nowi uczestnicy. Witam się ze znajomymi poznanymi na Wyrypie - Asią i Robertem oraz z Grzegorzem poznanym na Jaszczurze. Jak miło ich znowu widzieć :) Jest i Jurek. Przed odprawę zdążymy jeszcze wypić herbatę.
I zaczęło się. O godz. 11.45 idziemy na odprawę. Daniel wyjaśnia zasady - w jaki sposób potwierdzać punkty kontrolne, wspomnia o czekających niespodziankach na trasie, rozdaje mapy.
Formuła maratonu jest bardzo ciekawa. Na mapie zaznaczone są tylko cztery punkty - PK6 (odcinek specjalny), PK3,PK9 i PK7 oraz oczywiście baza. Na każdym PK jest mapa a na niej wycinki - małe kwadraciki z zaznaczonymi dalszymi numerami PK. Podana jest również odległość od aktualnego PK i kierunek w jakim trzeba jechać. Należy bardzo dokładnie przerysować na swoją mapę lokalizację PK, inaczej kiszka (jak mówi Jurek), można szukać i szukać :) Więc każdy punkt kontrolny to niespodzianka :)
Startujemy! Nareszcie!
Część rowerzystów zaczyna maraton od odcinka specjalnego OS - bunkrów położonych trzy pietra pod ziemią. My OS zostawiamy na jutro, zmierzymy się z nim bezpośrednio przed powrotem do bazy. Kierujemy się na południe. Zamierzamy dzisiaj zaliczyć punkty po drugiej stronie Odry. Jedziemy do PK9 (grodzisko, północny skraj wewnętrznego okręgu na górze). Początkowo jedziemy asfaltem, ale gdy wjeżdżamy w las moim achom.... i echom.... nie ma końca. Pięknie!!!! Jurek pognał, a ja usiłuję zrobić fotkę w biegu.

PK9 znajduje się w pobliżu Jeziora Niesłysz (muszę jeszcze sprawdzić nazwę). Według statystyki Jurka błądzimy 1,9 km :) Nareszcie jest. Odbijamy kartę startową wspólnie z innymi rowerzystami, rysujemy na mapie dalsze PK i wysyłamy sms-a z numerem punktu kontrolnego. Dzięki temu nasze zmagania można śledzić na żywo na stronie Grassora :)

Jedziemy wzdłuż brzegu jeziora. Moich zachwytów nad urodą miejsca, w którym się znajdujemy jest ciąg dalszy. Jest pięknie, przepięknie!!!

Oddalamy się od jeziora. Jest.....

Bez błądzenia odnajdujemy PK11 (skrzyżowanie dróg, drzewo 3 m na wschód). Jadąc do tego punktu mijamy Marcina - znajomego z Jaszczura :) Gdy rysujemy kolejne PK na mapie przyjeżdżają rowerzyści.

Cały czas kierujemy się na południe. Kolejny punkt to PK2 (jaz kominowy, drzewo na wprost droga 200 m na wschód).
Jedziemy cały czas przez las. zaczyna padać. Czyżby miały się sprawdzić prognozy? Krople są grube, a nawet grubaśne. Zatrzymuję się i zakładam kurtkę i spodnie przeciwdeszczowe. To był błąd. Za moment przestaje padać, a ja paruję pod nieprzewiewnym ubrankiem, Kolejny minus to nawierzchnia - piaszczysta droga, którą jedziemy zamienia się w mokrą piaszczystą drogę. Mokry piach oblepia łańcuch, napęd, ramy, jest wszędzie. W biegu rozpinam kurtkę, a gdy Jurek na moment zatrzymuje się aby spojrzeć na mapę, zdejmuję ją i szybko chowam do plecaka. Ufff, zostały tylko spodnie :)
Jedziemy przez Gryzyński Park Krajobrazowy. Dojeżdżamy do trzech rowerzystów - znajomych Jurka. Chłopaki również jadą na PK2. Jedziemy z nimi przez moment. Rozdzielamy się za ośrodkiem wypoczynkowym. W międzyczasie udaje mi się zdjąć spodnie przeciwdeszczowe, ale na schowanie ich do plecaka nie mam już czasu. Jadę przyciskając spodnie do rączki kierownicy :) Cały czas jedziemy przez las. Mijamy jeziora. Odnalezienie PK2 nie przychodzi nam łatwo. Błądzimy około 1,3 km. Jedziemy przecinkami, uważając aby nie odbić zbyt daleko od jezior, stawów. Wreszcie wjeżdżamy na przepust między stawami.

Jest jaz, jest droga, jest drzewo, ale PK9 nie ma. Dojeżdża trzech znajomych Jurka. Wspólnie oglądamy drzewo, na którym pozostały tylko resztki sznurka, na którym zawieszony był perforator. Wkrótce zagadka się wyjaśnia. Podjeżdża terenowe auto, wysiada dwóch mężczyzn i niemalże dokonują zatrzymania obywatelskiego. Wręcz krzyczą na nas jakim prawem weszliśmy na ich prywatny teren. Tłumaczymy całą sytuację i już w pokojowej atmosferze opuszczamy nieprzyjazny obszar. 
Kierujemy się na wschód. Dojeżdżamy polnymi drogami do miejscowości Międzylesie. Jadąc podziwiam naszych kompanów. Droga jest bardzo piaszczysta, a oni jadą na trekingowych rowerach i cienkich oponach. Cóż - zawodowcy :) Jest coś jeszcze - mimo, że jestem najlżejsza w tym towarzystwie, trochę posapuję wjeżdżając po TAKIM piachu pod górę, a Oni NIC! Gdy żartuję, jak to możliwe, Oni mówią, że już nie mają siły posapywać :) Fajni są Ci rowerzyści :) Polna droga się kończy i jedziemy niewielki odcinek asfaltem. My zjeżdżamy z asfaltu w polną drogę, a nasi trzej znajomi dalej jadą asfaltem. Naszym kolejnym celem jest PK8 (jaz, zachodnia strona kanału, drzewo 5 m na S, brak przejazdu). Gdy dojeżdżamy do PK8 są już tam nasi trzej kompani. Byli szybsi :)
Jurek zarządza, że musimy coś zjeść. Na szybko wyjmuję z plecaka kanapkę i banana. Jak szef wydaje polecenie - jeść, to trzeba jeść :) Jeszcze przez moment jedziemy przez las i wyjeżdżamy na asfalt. Po naszych kompanach nie ma śladu....
Po wyjeździe na asfalt zerujemy liczniki i odmierzamy odległość. Za niedługo musimy odbić w leśną drogę po lewej stronie asfaltówki. Jedziemy do PK5 (elektrownia syfonowa, brzoza 10 m na SW, możliwe przejście dołem). Mijamy jedną leśną drogę, drugą leśną drogę, jedziemy dalej i zawracamy. To była ta druga droga.... Ujechaliśmy niewielki odcinek, na szczęście :) Jurek zauważa, że nie ma powietrza w przednim kole. Gdy dojeżdżamy do leśnej drogi, Jurek na resztkach powietrza, mijają nas trzej kompani. Droga jest fajna, to dojazd przeciwpożarowy, nie ma piachu, jest twardo, idealnie pod rower :) Ponownie spotykamy naszych trzech rowerowych towarzyszy. Oni pomykają, a my zostajemy. Jurek zmienia dętkę, ja jem batona, a komary mają prawdziwą ucztę - do wyboru - moja krew, lub krew Jurka. Są ich całe watahy. Nareszcie dętka założona i ....kiszka. Nie idzie powietrze :( Obydwoje sprawdzamy dętkę, wydaje się, że jest ok, ale dlaczego nie idzie powietrze po założeniu opony, może za wcześnie Jurek zrezygnował z pompowania? Ląduje łatka na starej dętce, ja dalej szukam dziury w dobrej dętce, a komary gryzą jak szalone :) Gdy Jurek kończy łatanie, zakładam obsłuchaną i opatrzoną dętkę na obręcz, powinno być ok. Tym razem Jurek tak szybko nie rezygnuje z pompowania i powietrze idzie! Nareszcie! Żegnajcie komary!!!!
Według statystyki Jurka szukając PK5 błądzimy po lesie 1,1 km. To błądzenie jest całkiem przyjemne. Gdy odnajdujemy PK5 po raz kolejny nie mogę powstrzymać się od achów i echów. Jakież urokliwe i nietypowe miejsce!

Chwalę budowniczego trasy, jego pomysłowość, dziwię się, jak znalazł w lesie takie nietypowe miejsce - elektrownię syfonową. A Jurek krótko - "Jak znalazł takie miejsce, z mapy o skali 1:100 000". I tak czar prysł :) Męski analityczny umysł wziął górę nad liryczno - euforycznym kobiecym postrzeganiem rzeczywistości :)))
Dalej konsekwentnie kierujemy się na południe. Przed nami przeprawa przez Odrę i PK26 (szczyt górki).
Wyjeżdżamy z lasu na drogę główną. Chwila odpoczynku na asfalcie. My odpoczywając nie jedziemy, my pomykamy :) Jurek zarządza krótkie zmiany. Jak zmiany, to zmiany, ale jemu trudno jest dogodzić. Krzyczy, że za ostro. Za ostro?! Może za dynamicznie? Zwalniam, niech mu będzie. Zmiany są delikatne, ale i tak pomykamy z prędkością 27-31 km/h :) Jedziemy w kierunku Nietkowic. To w okolicach tej miejscowości będziemy przeprawiać się przez Odrę. Odbijamy w szutrową drogę. Robi się coraz ciekawiej - droga zamienia się w łąkę. Jest urokliwie. Chcę zrobić w biegu zdjęcie Jurkowi, nie udaje się - fotka jest niewyraźna. Jurek odjeżdża, a ja zdejmuję na zdjęciu naszą dróżkę.

Zbliżamy się do mostu kolejowego. Właśnie przez ten most przeprawimy się na drugą stronę Odry. Z daleka most wygląda.... ach, ech.... znowu się zaczyna :)))))

Daniel na odprawie uprzedzał, że na moście czekają na nas niespodzianki - ubytki stopni. Dziury bywają pokaźne i dlatego nie decydujemy się na jazdę wąska kładką, tylko prowadzimy rowery.

A Odra z mostu wygląda tak....

Polnymi drogami dojeżdżamy do Lasek. Co tu pisać - śliczna, malownicza miejscowość. Z Lasek namierzamy PK26. Szukamy rozwidlenia dróg na wysokości przejazdu kolejowego. Wjeżdżamy w las. Nie jest łatwo...

Oj, naszukamy my się tego punktu. Leśną drogą dojeżdżamy do przecinki, odbijamy w lewo, jedziemy dalej, spotykamy naszych trzech kompanów. Oni również szukają PK26. Wracamy do przecinki skręcamy w prawo, jedziemy pod górę, może to tu....?

Niestety to nie ta górka. Wracamy. Droga jest bardzo piaszczysta. Dobrze, że jedziemy z górki.... Chłopaki nie dają za wygraną. Zjechaliśmy i ponownie pod górę, około 1800 m. Namierzamy i nic. Jest góra, ale nie ta. Wracamy do wsi. Zjeżdżamy na wysokość przejazdu kolejowego. Namierzamy po raz kolejny rozwidlenie dróg. Udaje się! po 5,6 km błądzenia odnajdujemy PK26. O godz. 20.52 wysyłam sms-a.... Zaczyna zmierzchać, a co gorsze padać. Jedziemy w piątkę. Zjeżdżamy pod daszek - paśnik i zakładamy kurtki i długie spodnie. Na szczęście tym razem rezygnuję ze spodni przeciwdeszczowych. Deszcz ustaje, a my jedziemy dalej. Nasi towarzysze zostają, jeden z nich łapie gumę. Jak pech, to pech, a tak fajnie byłoby jechać nocą w większej grupie.
Kierujemy się na PK24 (szczyt góry, najbliższe drzewo na południe). Jedziemy lasem. Robi się szaro. Praktycznie nie błądzimy.Wydaje mi się, że do PK24 dojeżdżamy szybko, a jednak sms-a wysyłam dopiero o godz. 22.14. Zaczynam odliczać godziny do wschodu słońca... Dostaję kurzej ślepoty, nie pomaga czołówka i lampka przy rowerze. Jest ciemno :) ale daję radę :)
Wyjeżdżamy na asfalt. Rezygnujemy z PK po tej stronie Odry. Kierujemy się na północ, na PK10 (koniec przecinki, brzoza obok słupka). W Krośnie Odrzańskim przejeżdżamy przez Odrę. Jedziemy w kierunku Łochowic. W pewnym momencie czuję, że nabieram prędkości, jadę lekko w dół i z całym impetem wjeżdżam na jakieś nierówności.  Piszczę, jak to kobieta :) Jurek jedzie z przodu, odwraca się i pyta, czy usnęłam :) Zastanawiam się, czy pisk dla mężczyzny jest tożsamy ze snem. Odbijamy w boczną asfaltową drogę i koło ośrodka wypoczynkowego nad Jeziorem Łochowickim wjeżdżamy w leśna drogę. Ciemno, droga zamienia się w drożynę porośnięta wysoką trawą. Jurek lepiej radzi sobie w trudnych nocnych warunkach, jego tylne rowerowe światełko oddala się coraz bardziej.... Jadę najszybciej, jak mogę i potrafię. Na jakiejś wyrwie w drodze po raz pierwszy ląduję z roweru. Błądzimy. Szukamy drogi prowadzącej do tej właściwej przecinki. Trzy razy dojeżdżamy do tego samego miejsca, które wydaje się tą przecinką, ale w ciemnościach nie widać tafli wody, a PK10 znajduje się w pobliżu jeziora. Podziwiam Jurka, że on coś jeszcze widzi w tej ciemnicy w lesie. Zauważamy przed nami światełko. Podjeżdżamy bliżej. To Marcin. Wspólnie udaje się nam odnaleźć PK10. Jest godz. 00.18. Błądziliśmy 4,3 km. Wracamy tą samą leśną drogą w rejon ośrodka wypoczynkowego. Jurek jest mistrzem nawigacji. Zachodzę w głowę, jak on to zrobił w jaki sposób udało mu się trafić na tą samą drogę.
Wyjeżdżamy na asfalt. Jazda po takiej nawierzchni jest odpoczynkiem i relaksem po błądzeniu w lesie. Kierujemy się na PK18 (skraj łąki, podwójna sosna). Zanim dojedziemy do punktu kontrolnego zatrzymujemy się na posiłek regeneracyjny - ja kanapka + banan, Jurek śmietana + banan. Nie pamiętam dokładnie nazwy miejscowości, być może zatrzymaliśmy się w Lubogoszczy. Rozsiedliśmy się na schodkach przy jakimś urzędzie. Zmieniliśmy też ubranka rowerowe - ja zmieniłam kurtkę przeciwdeszczowa na rowerową, a Jurek koszulki. Jurek to prawdziwy umysł analityczny - pomyślał o zmianie koszulek, a ja, owszem wzięłam na zmianę - trzy kurtki i spodenki, natomiast koszulek - zero. Ruszamy po dłuższym odpoczynku. Z asfaltu wjeżdżamy w las. Droga jest bardzo piaszczysta. Po raz drugi ląduję z roweru - dobrze, że w piach. PK 18 odnajdujemy bez większego błądzenia. O godz. 02.10 wysyłamy sms-a do bazy. Kolejny punkt zaliczony :) PK18 był naszym ostatnim punktem najbardziej wysuniętym na południe. Po jego zaliczeniu kierujemy się na północ, w stronę bazy. Naszym celem jest PK20 (narożnik łąki, gruba sosna na SE).
Jedziemy lasem. Jurek mówi, że zaraz wyjedziemy na asfalt i owszem za niedługo wyjeżdżamy, ale na bruk. Jak ja lubię bruk ;) Z niecierpliwością odliczam godziny do świtu. Kurza ślepota nie chce mnie opuścić. Noc, ciemności, las, czy można chcieć czegoś więcej :))) Jedziemy znowu przez las. Jest łąka. Szukamy sosny, ale zbyt chaotycznie. Według wskazań mapy to tu - są sosny i to nie jedna, ale nie ma lampionu... Jedziemy dalej. Kolejna łąka. Są sosny, ale tym razem nie zgadza się ich położenie. Jedziemy dalej i wracamy do pierwszej łąki. Tym razem przykładamy się do szukania punktu kontrolnego. Jest!!! Eureka!!! Zawsze tu był, a my gnaliśmy przez inne łąki :))) Jest godz.03.27. Powinno już świtać. Niestety niebo jest zachmurzone i przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać na wykrzyczenie słów - "Jasność, widzę jasność!!!" (a może to było odwrotnie - "Ciemność, widzę ciemność!!!" - należałoby zapytać J. Sztura).
Kierujemy się na PK12 (szczyt góry przy przecince, uwaga las od pola ogrodzony, przejście przez płot po zwalonym drzewie). Las i las, nie ma końca, podobnie jak szarość przed oczyma. Zaczyna mnie dopadać senny kryzys. Ledwo pedałuję po leśnych ścieżkach. Jurek jest hen, hen, a ja jak ten maruder. Dopadło mnie znużenie. Najeździmy my się po lesie zanim wyjedziemy na asfalt. Podobno nie liczy się jak się zaczyna, tylko jak się kończy, a ja końcówkę, tj. wyjazd z lasu miałam szybką jak błyskawica i głośną jak grzmot pioruna w damskim wydaniu. Wjeżdżamy do miejscowości, której nazwy nie pamiętam, drogą prowadzącą w dół i przechodzącą z szutru w bruk. Jurek pomknął, a ja nie chcąc go dalej spowalniać - też mknę. Wjeżdżam na bruk i konsternacja - hamować, czy nie, cokolwiek zrobię może być szlif. Udaje mi się zjechać bezkolizyjnie, ale z przeraźliwym piskiem, a co tam, przecież jestem kobietą :) Szaleńczy zjazd rozbudza mnie na chwilę, ale dosłownie tylko na chwilę. Jedziemy asfaltem. Mijamy większą miejscowość, może Budachów. Zatrzymujemy się na przystanku autobusowym. Ja śpię na jawie, ależ dopadł mnie senny kryzys. Dobrze, że już jest widno, bardzo widno. Asfaltem dojeżdżamy do Dobrosułowa. Stąd tylko około jednego centymetra na mapie i jest nasz PK12. Wyjeżdżamy za miejscowość. Droga jest szutrowa, prowadzi przez pola. Zostawiamy rowery w polu ukryte za kępą krzewów i ruszamy do lasu. Szukamy ogrodzenia i przecinki. Idziemy wzdłuż ogrodzenia. Wydaje się solidne, druciane :) Odnajdujemy zwalone drzewo. Przechodzić przez ogrodzenie w ten sposób, gramolić się na drzewo? Jurek już się skłaniał ku takiemu rozwiązaniu, ale.... Kilka metrów dalej była dziura w siatce. Ja ją odkryłam! :) Odnajdujemy drzewo, na którym kiedyś był zawieszony lampion. Wpisujemy numery namalowane na drzewie i robimy fotkę dla uwiarygodnienia zaliczenia punktu kontrolnego. Sms-a wysyłamy o godz. 05.19. Kolejny punkt zaliczony. Super, tym bardzie, że mój senny kryzys jakby trochę złagodniał :)
Kolejny cel to PK4 (przepust, dwa drzewa na 30 m na zachód, na południowym brzegu). Dojazd i odnalezienie tego punktu zajmuje nam  godzinę. Sms-a do bazy wysyłamy o godz. 06.18. Jedziemy dalej na północ, do PK3 (nasyp autostrady, skarpa na górze). Dużo jedziemy asfaltem. Powinno być dobrze, a jest sennie. Po raz drugi dopadł mnie senny kryzys ze zdwojoną siłą. Jadę i śpię. Walczę ze sobą, aby nie zamykać na dłużej powiek. Spać, spać, spać.... Jadę grzecznie za Jurkiem i co chwila pytam go, czy nie chce mu się spać. On już jest po kryzysie sennym, jedzie, jakby miał motorek w nogach. Ja marzę o pepsi. Jak byłoby fajnie zaaplikować sobie porcyjkę kofeiny :) Wjeżdżamy w las. Jurek proponuje abym została, a on odbije nasze karty startowe. Zgadzam się. Chcę się tylko na chwilę położyć na trawie obok rowerów, zamknąć oczy i .... spać.

Jurek odchodzi, a ja walczę z komarami. O jakimkolwiek polegiwaniu nie ma mowy, gryzą jak szalone. Chodzę, oganiam komary, jem kanapkę i wafelka. Podziałało. Kryzys senny ustąpił na dobre. Może to zasługa komarów lub kanapki :) Jest godz. 07.38. Naradzamy się, czy jedziemy prosto na PK6 - i zaliczamy odcinek specjalny, czy przed OS walczymy jeszcze o PK1. Podejmujemy decyzję - jedziemy na PK1, a następnie walczymy na OS.
Jestem już całkiem rozbudzona, po kryzysie nie ma śladu. Nie  żałujemy decyzji. Droga do PK1 jest bardzo malownicza, chociaż brukowa :)
PK1 znajduje się w Łagowskim Parku Krajobrazowym, nieopodal góry Bukowiec. Jest pięknie, malowniczo, cudownie. Z łatwością odnajdujemy punkt o godz. 08.35. To nasz ostatni PK w terenie, pozostał tylko PK6, który jest początkiem i końcem OS.
Z całą stanowczością mogę powiedzieć, ba WYKRZYCZEĆ - nie lubię bruku!!!!! Praktycznie cały odcinek od PK1 do PK6 był brukowany, tylko kawałeczek jechaliśmy asfaltem. Czy już pisałam, że nie lubię bruku?!
PK6 znajdował się przed wejściem do bunkrów. Dotarcie do niego, po BRUKU, zajęło nam godzinę. Sms-a do bazy wysłaliśmy o godz. 09.38


Odcinek specjalny - klaustrofobiczny. Trzy piętra w dół po schodach, a ciasnota taka, że rower ledwo mieścił się na klatce. Wymiękłam - nie miałam siły dźwigać roweru, tylko dzięki pomocy Jurka zeszliśmy ze Scottem na dół. Ciemność, korytarze i ubytki w "podłodze", tak wyglądała OS-owa rzeczywistość. Całkiem fajne przeżycie i doświadczenie :) Nie zaliczyliśmy tylko jednego punktu ukrytego gdzieś wysoko. A jakie mieliśmy wyjście :) Jurek praktycznie sam wytaskał mój rower trzy piętra w górę i kiszka - drzwi zamknięte na wielką kłódkę zawieszoną na grubym łańcuchu. Co robić - wracać trzy piętra w dół z rowerem w garści i wyjść wejściem, czy narobić hałasu wołając pomocy?! Na szczęście pojawił się pan z kluczem....ufff, nie trzeba taskać roweru.
Powrót do bazy to realizacja ekstremalnego wariantu wspinaczkowo - siłowego po nasypie nieczynnej linii kolejowej i brodzenie po wysokiej trawie. Wszystko tylko nie bruk!!!! :)

Do bazy dotarliśmy o godz. 11.50. Zdobyliśmy z Jurkiem 15 punktów kontrolnych i w ostatecznej klasyfikacji zajęliśmy 11 miejsce.
To była piękna przygoda w urokliwych okolicznościach przyrody :)
Poznałam niesamowitych ludzi, dla których rower jest sposobem na życie - pasją i wielką przygodą. Dziękuję Jurkowi za to, że zgodził się zabrać ze sobą "ogona" czyli mnie - amatora i nowicjusza. Dziękuje Krzysiowi Wiktorowskiemu za wzmiankę o Jurku i o mnie w relacji z maratomu. Cieszę się, że w swojej relacji wykorzystał moją fotkę.
Jeśli los nie spłata mi figla za rok ponownie wystartuję w Grassorze. Już nie mogę się doczekać :)))

Statystyki:
-czas na rowerze - 15,27 h
-czas trasy - 23,40 h
Kolejność zaliczanych PK:
PK9, godz.13.04,
PK11 godz. 14.34,
PK2 godz.16.00,
PK8 godz.17.07,
PK5 godz.18.25,
PK26 godz.20.52,
PK24 godz. 22.14,
PK10 godz. 00:18,
PK18 godz.02.10,
PK20 godz.03.27,
PK12 godz.05.19,
PK4 godz.06.18,
PK3 godz.07.38,
PK1 godz. 08.35,
PK6 godz.09.38
OS godz.11.06
Meta godz.11.50


Kategoria Maratony

Przed Grassorem

Piątek, 20 czerwca 2014 | dodano: 25.06.2014

Mój rowerowy kalendarz w 2014r. zdominowały maratony na orientację. Być może to za mocno i za dużo powiedziane, nie mniej jednak to trzeci maraton i mam nadzieję nie ostatni, bo do końca roku pozostało jeszcze sześć miesięcy :)
Bezsenna noc staje się u mnie standardem przed wyjazdem. Rano szybka toaleta, kanapki na drogę i o godz.5.30 wyruszam w trasę. Mam do pokonania ponad 600 km. Pierwszy przystanek robię w Żyrardowie przed dworcem kolejowym.
Właśnie w Żyrardowie umówiłam się z kolegą - Krzysztofem. Jedziemy razem na maraton. Podróż przebiega bardzo przyjemnie - gadamy o rowerach, wyjazdach z sakwami, maratonach :)
w Lubrzy jesteśmy przed godz.14.00. Do otwarcia bazy pozostała godzina. Proponuję wycieczkę do Świebodzina. Bardzo urokliwe miasteczko. 
Około godz.15.00 wracamy do Lubrzy. Baza mieści się w Zespole Szkół Samorządowych.
Są juz pierwsi uczestnicy. Wkrótce pojawia się Daniel - sędzia główny. Zajmujemy miejsca noclegowe na sali gimnastycznej :) Ja wybieram kącik z półeczką :)
Około godz. 19.00 przyjeżdża Jurek. Jak miło go znowu widzieć. Pojawia się coraz więcej uczestników.  Wszyscy się znają. Witają się bardzo serdecznie.  Ja również witam się z nowo przybyłymi. Atmosfera jest niesamowita - wszyscy tworzą jedną rowerową rodzinę :) Idziemy z Jurkiem na space. Rozmawiamy o jutrzejszym starcie. Po powrocie rejestrujemy się w biurze maratonu. Odbieramy numery startowe - Jurek -307, ja - 306.
Przygotowujemy rowery.

Jemy razem kolację :) Przynosimy na salę gimnastyczną do mego kącika ławkę, która służy nam za stół i krzesła, takie dwa w jednym.

Na sali robi się coraz gwarniej. Jurek śpi w swoim samochodzie. Ja również zabieram matę oraz śpiwór i lokuję się w ciemnym kąciku na korytarzu. Tym razem usypiam bez problemu, może daje o sobie znać zmęczenie po podróży, a może to efekt spożytego izotonika do kolacji ;)



Kategoria Maratony