2018-11-04
-
DST
50.40km
-
Czas
01:52
-
VAVG
27.00km/h
-
VMAX
43.10km/h
-
Temperatura
11.0°C
-
Sprzęt Specialized
-
Aktywność Jazda na rowerze
:)
2018-11-02
-
DST
101.92km
-
Czas
03:35
-
VAVG
28.44km/h
-
VMAX
41.92km/h
-
Temperatura
15.0°C
-
Sprzęt Specialized
-
Aktywność Jazda na rowerze
:)
2018-11-01
-
DST
36.01km
-
Czas
01:20
-
VAVG
27.01km/h
-
VMAX
40.94km/h
-
Temperatura
16.0°C
-
Aktywność Jazda na rowerze
Polesie Wołyńskie dzień 2 - fotorelacja
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Słowa nie są potrzebne...






















TRASA:
Jezioro Pulemieckie (Pulmo) - Zalesie - Koszary - Olszanka - Grabów - Adamczuki - Zabuże - d. Kol.
Wólka Uhruska - d. Opalin - Huszcza - d. Piskorów -
(Równo) - d. Wilczy Przewóz - rz. Bug (UA->PL) - Berdyszcze -
Dorohusk
Kategoria Wycieczki
Polesie Wołyńskie dzień 2
-
DST
58.48km
-
Teren
48.00km
-
Czas
04:17
-
VAVG
13.65km/h
-
VMAX
26.07km/h
-
Temperatura
20.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Podobno jestem samodzielna. Sama realizuję swoje marzenia. Ale czy na pewno?
O wyjeździe na Ukrainę marzyłam od dawna. Byłam ciekawa, czy tam naprawdę czas zatrzymał się w miejscu, czy odnajdę tam echa swego dzieciństwa. Marzyłam i jednocześnie bałam się wyruszyć za wschodnią granicę. To był dla mnie dziwny świat pełen niebezpieczeństw. Był.... I już nie jest. Zmieniła to wycieczka z Garminem i jego synem. Oni spełnili moje marzenie. Zabrali mnie do innej czasoprzestrzeni - tak daleko, a jednocześnie tak blisko. 

Pawle, dziękuję za wspólną wycieczkę po Polesiu Wołyńskim. Było mi bardzo miło przemierzać z Tobą i Twoim synem ukraińskie bezdroża. Twój dzielny zuch sprawił, że przez dwa wyjątkowe dni mniej mi dokuczał syndrom opuszczonego gniazda :)
Kategoria Wycieczki
Polesie Wołyńskie dzień 1 - fotorelacja
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Słowa nie są potrzebne....





























































TRASA:
Dorohusk - Berdyszcze - rz. Bug (PL->UA) - d. Wilczy Przewóz - Równo - Borowa - d. Przekurka - Smolary Rogowe -
Kanał Prypeci- Smolary Stoleńskie - Holadyn - Smolary Świtaskie- Świtaź - Jezioro Świtaź - Zalesie
Kategoria Wycieczki
Polesie Wołyńskie - Świtaź- dzień 1
-
DST
66.14km
-
Teren
56.00km
-
Czas
05:33
-
VAVG
11.92km/h
-
VMAX
27.46km/h
-
Temperatura
20.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Mija dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem. Z Basi stałam się Baśką, by teraz stać się Barbarą. Patrząc w lustro nie rozpoznaję małej Basi, nie pamiętam jej rysów twarzy, ale wciąż czuję jej obecność, słyszę jej dziecięcy śmiech i jej myśli.
Choć na krótką chwilę wrócić do czasu dzieciństwa, odnaleźć tamten beztroski klimat. To jedno z marzeń, które nie może się spełnić... Ale czy na pewno?
Garmin/Pablo - mój rowerowy znajomy zaprosił mnie na rowerową włóczęgę po Polesiu Wołyńskim. Wraz z nim i jego synem przemierzałam ukraińskie bezdroża aż po jezioro Świtaź. Powinnam uważać na swoje marzenia, bo one czasem się spełniają :) Niewidzialny wehikuł czasu przeniósł mnie do lat dzieciństwa. Magia, czary - nie wiem jak TO nazwać. Ożyły wspomnienia beztroskich chwil spędzonych u babci, włóczęgi po lasach z ciotecznym rodzeństwem, leśnych biwaków z płonącym ogniskiem, dziecięcych zabaw w wyliczanki... Było pięknie, cudownie, wyjątkowo.
Jestem egoistką. Ulotność i niepowtarzalność tych chwil sprawia, że chcę je zachować tylko dla siebie. Tym razem nie podzielę się wspomnieniami, a nawet gdybym chciała to żadne słowa nie opiszą myśli i uczuć towarzyszących mi gdzieś tam daleko a jednocześnie tak blisko.
Kategoria Wycieczki
2018-10-11
-
DST
25.03km
-
Czas
01:09
-
VAVG
21.77km/h
-
VMAX
37.61km/h
-
Temperatura
16.0°C
-
Sprzęt Specialized
-
Aktywność Jazda na rowerze
Mimo urlopu jestem straszliwie zapracowana :) Np. dzisiaj po południu zabrałam się do rozpakowania Scotta z pokrowca. Biedaczysko od powrotu tkwił w zamknięciu. Okazało się, że w przednim kole nie ma powietrza. I właśnie to, było to, czyli pretekst do technicznego treningu pod bacznym okiem Starszego. Jeszcze trochę, a będę mistrzynią w rozkręcaniu/składaniu roweru, zmianie dętek, zakładaniu tylnego koła :) Uśmiech zażenowania pojawia mi się na twarzy na wspomnienie "mocowania się" z tylnym kołem na wyprawie przez kolegę. Ja nie potrafiłam założyć tylnego koła, to fakt, ale teraz zajmuje mi to chwilę. Do spraw technicznych podchodziłam, jak do jeża. Wmawiałam sobie, że nie potrafię. Z podziwem patrzyłam na inne rowerzystki, które na swoich blogach rozpisywały się, czy to o "załataniu" dętki, czy o innych kwestiach serwisowych. Jakieś tam podstawowe czynności byłam w stanie wykonać, ale zajmowało mi to tyle czasu, że... Jednak podróże kształcą, a trening czyni mistrza. Dętkę załatam, koło, nawet tylne założę, pedały przykręcę, kierownicę także :) Łańcuch oczywiście także wyczyszczę i nasmaruję. Gorzej z ustawieniem przerzutek, ale z telefoniczną pomocą Grzesia także dam radę :) Uff...
Gdy już tak potrenowałam i odwiozłam Mamę na spotkanie z siostrą zadzwoniła Tereska - jest na rowerze, czy do niej dołączę, robi mini kółeczko. Ona jest ho, ho, a ja w domu. Zanim się ubrałam, zanim założyłam podsiodłówkę, aby zamocować tylną lampeczkę, zanim wyjechałam... Doścignęłam ją na 15,76 km na wojewódzkiej. Do 15,76 km jechałam w swoim tempie, a że zaczęło się robić jakoś chłodno i zależało mi na doścignięciu koleżanki, całkiem nieźle mi się pedałowało ze średnią 28 km/h :) Potem to już był pełen luz i gadanie, gadanie, gadanie... Nie wiedziałam, że na odcinku około 10 km można się aż tak nagadać. A do domu wróciłyśmy, gdy było już zupełnie ciemno :)
Powroty...
-
DST
53.93km
-
Czas
02:05
-
VAVG
25.89km/h
-
VMAX
32.52km/h
-
Temperatura
15.0°C
-
Sprzęt Specialized
-
Aktywność Jazda na rowerze
Powroty są bardzo trudne. Gdy czytam swoje wcześniejsze wpisy zastanawiam się, czy znam tę rowerzystkę, czy to naprawdę ja? Czy to ja kręciłam niedzielne setki? Czy jeszcze wrócą takie niedziele?
Moja ostatnia w ogóle niespektakularna wyprawa wzdłuż Dunaju spowodowała, że czuję się jakbym narodziła się na nowo. W minionym tygodniu nie byłam na rowerze. Leczyłam powyprawowe przeziębienie i pisałam relację. Pisanie bardzo mnie wciągnęło. Pozostały mi do opisania ostatnie trzy dni jazdy i dwa dni pobytu w Budapeszcie. Dzisiaj także z trudem oderwałam się od klawiatury komputera. Najnormalniej w świecie nie chciało mi się iść na rower! Blogowa proza zawładnęła mną zupełnie. Po południu cykloza wzięła górę nad pisaniem. Jadę! I stało się. Po pierwszych młynkach w głowie mi się nie mieściło, jak mogłam tyle wytrzymać bez roweru! Lubie rower pod każdą postacią. Wyprawy z sakwami są na pierwszym miejscu, jednak i takie najzwyczajniejsze kręcenie kółeczek szosówką też jest super. Rower, rower, rower!!!
Moja wojewódzka jest w remoncie, wygląda strasznie. Chciałam tak tylko pokręcić się po okolicy. Dawniej pojechałabym wojewódzką, a dzisiaj wybrałam alternatywne kółeczko przez Radzyń. Na leśną ścieżkę było za późno. Korzystam z ostatnich dni urlopu, więc może jutro także wybiorę się na rower :)
Dolina Dunaju - Budapeszt
-
DST
114.01km
-
Czas
06:17
-
VAVG
18.14km/h
-
VMAX
28.91km/h
-
Temperatura
20.0°C
-
Sprzęt Scott
-
Aktywność Jazda na rowerze
Noc była bardziej niż rześka. Założyłam wszystko co miałam ciepłe, a i tak zmarzłam. Niestety dopadło mnie na koniec wyprawy choróbsko i nie odpuszcza. Nie mogłam spać. Nawet nie pamiętam ile razy się budziłam.
Wstałam o godz. 6.40. Kolega już się krzątał. Ależ było zimno! W namiocie mój rowerowy licznik pokazywał zaledwie 6 stopni na plusie, to ile było na zewnątrz?!
Zajęłam się gotowaniem. Dzisiejsze śniadanie było ciut nietypowe, bo czy ktoś jada barszcz biały z makaronem? Barszczu i makaronu wystarczyło dla nas dwojga. W miłej atmosferze zaczęliśmy kolejny dzień w drodze. Przy śniadaniu oznajmiam, że nie wytrzymam jeszcze jednej nocy pod namiotem. Ja czuję się fatalnie, a choróbsko wspaniale. Boli mnie głowa, nos mam nabrzmiały, ani odetchnąć, a do tego kaszel...
Kolega skwitował krótko - zmieniamy plany, dalej jedziemy pociągiem i nocujemy pod dachem. Nie, aż tak chora nie jestem, aby jechać pociągiem. Dam radę dojechać do Budapesztu. Postanawiamy, że jedziemy główną drogą nr 51. Byłam wdzięczna koledze za zrozumienie.
Nie spieszymy się z wyjazdem. Do Budapesztu mamy jedynie około 70 km. Suszymy na słońcu namioty, oglądamy ośrodek, gapimy się na Dunaj. Miejscówka jest urokliwa. Wyjeżdżamy około godz. 10.30. Znamy trasę, jechaliśmy nią drugiego dnia naszej wyprawy. Dzisiaj jednak ciut ją modyfikujemy. Z Apostag do Dunavesce jedziemy główną drogą, po czym przed miasteczkiem odbijamy w "naszą" rowerową ścieżkę. Z jaką nostalgią patrzę na miejsce naszego pierwszego biwaku nad Dunajem w Dunavesce. Wówczas nie zajeżdżaliśmy do miasteczka. Dzisiaj nadrabiamy zaległości. Odbijamy ze ścieżki prowadzącej wzdłuż Dunaju i jedziemy do centrum Dunavesce. 
W Dunavesce wjeżdżamy na drogę nr 51. Na szczęście nie ma zakazu poruszania się rowerem. Ruch jak to na Węgrzech - spory. Głowa mi pęka od tego ryku samochodowych silników. Kolega proponuje odbicie do Tass. To dobry pomysł. Ciut nadrobimy, ale choć przez chwilę nie będzie słychać tego jazgotu. W Tass nie wjeżdżamy z powrotem na główną drogę. Kierujemy się boczną drogą do Dunaju, a dalej do Ráckeve jedziemy urokliwym skrótem wzdłuż Dunaju - trasą EV6.
Jestem urzeczona pomostami nad brzegiem rzeki. Mijają nas dwie pary sakwiarzy.



Do Ráckeve wjeżdżamy przez ukwiecony most. Całe miasto jest ukwiecone. Pięknie, urokliwie, bajecznie!


Robi się coraz później. Wpisuję do garmina adres hostelu, w który mamy zarezerwowany jutro nocleg. Zamierzamy pojawić się tam już dziś. Mam nadzieję, że będą wolne miejsca. Nie czuję się najlepiej. Niech garmin prowadzi. Zgodnie z jego wyliczeniem do hostelu zostało 38 km.
I wtedy to się stało. Kolega poszedł do punktu informacji turystycznej i wrócił z mapą z wyrysowaną na czerwono drogą rowerową prowadząca do przedmieść Budapesztu. Zapytał czy mam tę drogę na swojej mapie. Niestety nie. Nie chciałam z nim dyskutować i się spierać. Ok, niech nawiguje, ale czy możliwa jest nawigacja z taką mapą? Gdy zginął nie tylko asfalt, ale i szutr, a kolega wjechał w pole z trawą po kolana za miejscowością Majosháza, nie wytrzymałam. Robi się coraz później, ja już ledwo żyję, a on chce chyba pchać rower przez wysokie trawy do samego Budapesztu. Oznajmiam, że wracam na asfalt i asfaltem dojadę do Budapesztu. Kolega jedzie za mną, ale mijamy polną drogę.Nakazującym tonem mówi, aby jechać tą drogą. Nie mam ani siły ani ochoty jechać za nim w nieznane, chcę asfaltem jak najszybciej dojechać do drogi nr 51. Kolega nie jedzie za mną, realizuje swój plan. Sama dojeżdżam do drogi nr 51, a tu czeka mnie niespodzianka - znak "zakaz ruchu rowerów". Dzwonię do kolegi, nie odbiera. Trudno dalej pojadę bocznymi drogami z pomocą garmina i mapy OsmAnd w smartfonie. Kolega się uaktywnił, przysłał mi sms, że czeka na mnie na moście na drodze nr 51. Odpowiadam, że jadę bocznymi drogami ze względu na zakaz.
Jadę do miejscowości Delegyháza. Gdy sprawdzam trasę wyznaczona przez garmina z mapą w smartfonie podjeżdża do mnie miejscowy na rozklekotanym rowerze. Pana bardzo interesuje co ja tu robię. Tłumaczę, że jadę do Budapesztu. Kiwa z politowaniem głową i tłumaczy mi na migi, że czeka mnie co najmniej dwie godziny na rowerze. Patrzy na ekran mego smartfona i pokazuje jak mam jechać, wymienia nazwy miejscowości. Jest bardzo miły. Jedzie ze mną do skrzyżowania z drogą prowadzącą do Dunavarsány. Dziękuję mu za pomoc, żegnam się i jadę dalej. Dojeżdżam do Dunavarsány, a stąd kieruję się do Taksony. Przed Taksony nie wjeżdżam na drogę nr 51. Konsekwentnie chcę dojechać do Budapesztu drogami, po których można poruszać się rowerem. W Taksony wjeżdżam na drogę nr 510. Teraz cofam się w kierunku z jakiego przyjechałam. Dojeżdżam do mostu na Dunaju, przejeżdżam na drugą stronę. Ruch jest niesamowity. Zaczął się powrót z pracy. Jadę między autami stojącymi w korku. Zaczyna zmierzchać. Zakładam czołówkę i włączam tylną lampkę. Daję się prowadzić garminowi. Jadę, jadę, jadę... Z jaką radością mijam tablicę Budapeszt i jadę, jadę, jadę... na zmianę ulicą, to rowerową ścieżką. Jest już ciemno. Hostel znajduje się praktycznie w centrum, na prawym brzegu Dunaju na ulicy József ucta 13. O godz. 19.15 parkuję Scotta przed Goodmo House przy ulicy József ucta 13. Dojechałam, jestem na miejscu. Dzwonie do Hani. Ona przez internet rezerwuje mi nocleg. Wszystko trwa chwilę. Udało się! Wchodzę pewnie do hostelu. Jestem zmęczona i chora, ale szczęśliwa. Sama sobie poradziłam, no z pomocą Hani na ostatniej prostej :) Dzwoni kolega, jest na miejscu. Mówię fajnie i kończę konwersację. Najnormalniej w świecie strzelam focha :)
Wyprawa dobiegła końca. Jeszcze tylko dwa dni spędzę w Budapeszcie i wracam do domu. Przywiozę ze sobą wspomnienia oraz nowe doświadczenia. To była wyjątkowa wyprawa. Dzięki niej odzyskałam pewność siebie :)
Kategoria Dolina Dunaju 2018, wyprawy






